Dariusz Kachlak: „Komu potrzebni są dziś Indianie?”

Kiedy w 2001 roku otrzymałem jednego z pierwszych maili od Alicji Sordyl z Florydy, piszącej o spotkaniu z kuzynem Leonarda Peltiera, nagle Indianie stali się dla mnie bardziej „bliscy” i realni. Może to za sprawą zbieranych wcześniej podpisów pod petycjami o uwolnienie tego indiańskiego działacza? Skazany za domniemane zabójstwo dwóch agentów FBI w rezerwacie w Pine Rridge w Południowej Dakocie w połowie 70tych lat XX w, Leonard stal się kimś bardziej „namacalnym”. Nie miałem wtedy pojęcia, jakie ta nowa znajomość będzie miała później konsekwencje. Nie tylko dla mnie, ale dla wielu osób z Europy.

Kuzynem Leonarda Peltiera okazał się być James Robideau – Wichapi Wichasa…. w tym miejscu napisać by można bardzo wiele zarówno o samym Jamesie, jak i o jego wieloletniej działalności. Wspomnę jedynie o jego kilku wizytach w Polsce: spotkaniach zarówno z samymi uczestnikami Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian, z Markiem Kotańskim, władzami ośrodków penitencjarnych, prelekcjach na uniwersytetach, spotkaniach w domach kultury, czy w końcu wizycie w Sejmowej Komisji ds. Praw Człowieka. Oficjalne spotkania to tylko część programów wizyt Jamesa.

Te najbardziej zapadające w serce, to spotkania kameralne, poświęcone ceremoniom i lakockiemu postrzeganiu świata: pierwszy szałas potu w Gołuchowie, warsztaty w Kapkazach, Lubiatowie; południowy – zamkowy szlak naszego kraju, gdzie powstało Zawiniątko PRPI. Wizyty Jamesa związane były z jego szeroką działalnością na rzecz jego narodu: przede wszystkim podkreślanie, że o Indianach należy mówić prawdę, czasem nawet trudną dla nich samych. Spotykając się z członkami Ruchu, James wielokrotnie podkreślał, że widzi wiele podobieństw między Lakotami a Polakami: zarówno w mentalności, jak i w symbolice naszego kraju. Historia, walka o wolność, symbole, piękna ziemia, natura: to wartości, których należy strzec. Poprzez zainteresowanie indiańskimi kulturami, wielu z nas wraca do własnych korzeni.

Wizyty Jamesa pozostawiły we mnie głęboki ślad. Myślę, że każdy, kto spotkał się z nim w latach 2001-2003, nie pozostał obojętny. Były to w sumie jedne z nielicznych wizyt Indian w tamtym czasie, jak również i obecnie. Jestem przekonany, że każde spotkanie z człowiekiem nas ubogaca, zwłaszcza jeśli jest to ktoś taki jak James: mający ogromną wiedzę i doświadczenie życiowe, a przede wszystkim umiejący się tą wiedzą dzielić. James to również uczestnik Ruchu Indian Amerykańskich (AIM). Rozmaite dyskusje po jego wizytach, na długi czas zapełniły ówczesne fora indianistyczne.

Przez kolejne lata prowadziliśmy bogatą korespondencję, licząc na kolejną wizytę w naszym kraju. Z zaciekawieniem czytałem o jego podróżach i prowadzonych spotkaniach; chociażby jako jednego ze starszych podczas międzynarodowej konferencji poświęconej duchowości w XXI w. w Chile w 2013 roku. Obserwowałem jego działalność związaną z pracą z trudną młodzieżą w rezerwatach indiańskich, programy dla kobiet samotnie wychowujących dzieci. Pomimo mijających lat i ciężkiej choroby, James wydaje się obecnie być jeszcze bardziej aktywnym niż kiedyś. Wiedziałem o jego kolejnych wizytach w Europie: Niemczech, Francji, Hiszpanii – gdzie jeździł do swojego brata. Po jego śmierci, James nadal często przyjeżdża do Hiszpanii, gdzie znalazł przyjaciół i kontynuuje pracę brata: spotyka się z ludźmi dzieląc się kulturą lakocką, mądrością i doświadczeniem.

Podczas wydarzeń w Wounded Knee w 73 roku, James należał do aktywnych działaczy AIM, zaprzyjaźnił się wtedy z Leonardem Crow Dogiem, lakockim medicine man’em – człowiekiem wiedzy. Uczestnicząc przez wiele lat w Tańcu Słońca, James podążył ścieżką współczesnego wojownika: można by powiedzieć, że zamienił tomahawk na literę prawa, udowadniając wielokrotnie przed sądami łamanie prawa w stosunku do Indian. Będąc jednocześnie blisko Crow Doga, ale przede wszystkim pozostając na duchowej ścieżce Lakotów, z upływem lat, James zdobywał coraz większy szacunek zarówno pośród swoich ludzi, jak i mieszkańców odwiedzanych krajów.

Nie może być przypadkiem, że jednym z pierwszych państw w Europie, które odwiedził, była Polska. Spotkał się tu z dużym zainteresowaniem zarówno ze strony mediów, Amnesty International, jak i wielu innych osób. Zastanawiające jest jednak to, że niemal po każdej takiej wizycie, nielicznych przecież Indian w Polsce, nie nawiązuje się długotrwała współpraca. Zauważyłem, że np. w Niemczech czy Hiszpanii, takie kontakty są bardziej trwałe i przekładają się przede wszystkim na doraźną współpracę, np. wymianę młodzieży, liczne warsztaty, czy w końcu prowadzone dość regularnie spotkania o duchowości. Być może wynika to z prozaicznego problemu wiz dla Polaków. Jednocześnie cieszy, że nawet nieliczne kontakty, nawet te mailowe, pozostają silne, i owocują także u nas, można by powiedzieć, cyklicznymi spotkaniami, chociażby tak jak z Tiokasinem Ghost Hors’em (relacja z wizyty w listopadzie 2014, link do FB).

Obserwując jednak np. współpracę niemieckich indianistów, dostrzegam fakt, że jest ona zdecydowanie bardziej nastawiona na właśnie współpracę i pomoc, niż tylko np. odtwarzanie tradycji poszczególnych narodów. Łatwo jest interesować się kulturami indiańskimi zza monitora, przez szybę, pozostając biernym na ich współczesne problemy potrzeby. Łatwiej jest jedynie czytać książki i oglądać filmy, pozostając biernym na to, co się dzieje w kraju Indian współcześnie. Wydaje mi się, że wielu indianistów wciąż postrzega Indian poprzez wiele pryzmatów. Spotkanie z żywym człowiekiem stanowi często wyzwanie nie do pokonania: bo spotkać Indianina na żywo to zderzyć się z jego współczesnością i codziennymi problemami XXI w. Interesowanie się, w moim odczuciu, nie powinno ograniczać się jedynie do bierności. Wydaje mi się, że tak naprawdę jest bardzo niewiele osób poszukujących realności w indiańskim świecie.

Natomiast oni sami często są pod wrażeniem działalności fenomenu, jakim bez wątpienia jest Polski Ruch Przyjaciół Indian. Widząc zdjęcia z wiosek-skansenów prowadzonych przez indianistów, polskich festiwali Pow-wow, wypowiadają się o nich z nieukrywanym uznaniem. Są często zdziwieni, że w tak egzotycznym z ich punktu widzenia kraju (tak, pisze o Polsce), jest tyle osób zafascynowanych różnorodnością ich kultur, w dodatku mających o tychże naprawdę sporą wiedzę.

Tutaj niestety kończy się pewien etap poszukiwania wiedzy. Chodzi mianowicie o materialną część kultur indiańskich, którą niektórzy starają się odtwarzać, z mniejszym lub większym powodzeniem. Indiańskie kultury, czy może bardziej, mianownikiem kultur tubylczych Amerykanów, nie jest jednak wyłącznie ich materialny charakter. Kiedy po raz pierwszy miałem okazję, przelotnie nawet, spotkać się z indiańskimi i polskimi uczestnikami Świętego Biegu w 1990 roku w Warszawie, największe wrażenie zrobił na mnie ich wewnętrzny spokój. W kolejnych latach, chociażby podczas pierwszej wizyty Jamesa, największe wrażenie zrobiło na mnie po prostu przebywanie w obecności człowieka, od którego, niejako przez skórę, czuć mądrość, ale przede wszystkim duchowość. To, co niejednokrotnie jest podnoszone przez wielu Indian z którymi rozmawiałem, a pochodzącymi z różnych stron nie tylko USA, ale i Kanady oraz Meksyku, jest krótkie stwierdzenie „We are all spiritual people” – wszyscy jesteśmy duchowymi ludźmi. Interpretacja tych słów należy do każdego z osobna.

Można założyć, że duchowość indiańska, jako taka, nie istnieje. Każdy naród ma bowiem swoje własne tradycje, legendy, ceremonie. Na przestrzeni wieków ulegały one zmianom, i co najważniejsze, wciąż są one żywe – tym samym ulegają zmianom. To, co my w Europie, staramy się czasem postrzegać jako duchowość indiańską, jest jedynie niewielkim elementem ogromu wiedzy, permanentnym patrzeniem na Indian przez pryzmat filmów i stereotypów, jest dla nas najczęściej z pewnością niezrozumiała. Głównie ze względu na dorastanie i wychowanie w zupełnie innym środowisku i kulturze. Nie zrozumie prawdziwego głodu i radości z upolowanego zwierzęcia ktoś, kto nigdy tak naprawdę nie doświadczył wielomiesięcznego głodu i nie polował. Oczywiście dzisiaj Indianin jedzie do supermarketu i robi zakupy (jeśli go na to stać i ma w pobliżu 100 mil market).
Każdy z nas poszukuje w tradycjach tubylczych Amerykanów tego, co akurat dla niego jest najważniejsze. Najłatwiej dotrzeć do tego, co jest najbardziej widoczne, kolorowe, rzuca się w oczy. Na pewnym etapie życia, rozwoju, jest to bez wątpienia jedno z ważniejszych doświadczeń. Trudniej jednak znaleźć coś, o czym mówi się mało, co jest tuż po-za delikatną granicą wrażliwości. Mówienie o indiańskiej duchowości, może być oparte jedynie o własne doświadczenia, przeżycia – najlepiej bezpośrednio z Indianami. „Indiańska duchowość” to dla mnie, między innymi, osobiste odczuwanie i spojrzenie na świat oczami ludzi, których cenię, którym wierzę, którzy stanęli na mojej drodze. I tak się akurat składa, że pochodzą z Wyspy Żółwia.

Wychowany w kulturze europejskiej, doceniam ją i jestem z niej dumny. Pamiętam jednocześnie ile złego wyrządziła innym kulturom. Tak samo jak nie można gloryfikować jednych, ani drugich – tak samo jak Indianie mówią o tym, że są alkoholikami, narkomanami, przestępcami – nie boją się jednak prawdy i starają się często zmieniać swoje życie, nie zamiatając pod dywan niewygodnej prawdy.
Spotykając się z Jamesem po 12 latach, nie spodziewałem się tak serdecznego powitania. To jest właśnie coś takiego, jakbyśmy dopiero co wczoraj wstali od ogniska i spotkali się dzisiaj…. a minęło 12 lat! Czas jednak staje się względny, jeśli patrzy się na przyjaźń, a przede wszystkim na to, co łączy ludzi, a nie dzieli.

Szukaliśmy z Jamesem możliwości spotkania, rozwiązania niewielkiego problemu jakim był brak jego wizyt w Polsce. W końcu obaj zgraliśmy terminy, miejsce i tak oto znalazłem się w górach Montserrat w Katalonii. Wiedziałem, że odbędzie się ceremonia szałasu potu. Jednak przez 4 dni spędzone w Hiszpanii, wielokrotnie spotykałem się z całkiem nowymi sytuacjami. Szałas Potu jako ceremonia, jest często dopiero przygotowaniem do innych ceremonii. Tak też było właśnie tym razem: okazało się, że wraz z przebywającymi na terenie Hiszpanii Meksykanami, James od wielu lat prowadzi ceremonie Kościoła Tubylczych Amerykanów. Od wielu lat biorą w nich udział osoby dostrzegające rzeczywistość po-za delikatną granicą wrażliwości: z samej Katalonii (jak z naciskiem podkreślali), całej Hiszpanii, Francji, Niemiec, z wielu innych miejsc w Europie. I z pewnością nie chodzi tutaj jedynie o doświadczenia związane z samą ceremonią, ale o krąg ludzi poszukujących duchowości. Doświadczeń właśnie w taki, a nie inny sposób – pozwalających w ten, a nie inny sposób znaleźć odpowiedzi na wewnętrzne pytania. Ceremonii rozumianej indywidualnie przez każdego z uczestników, ale jednoczącej w poszukiwaniach, w prawdzie, w Kręgu.

Pomagając Jamesowi prowadzić najpierw ceremonię Szałasu Potu, a później będąc także jedną z osób funkcyjnych podczas ceremonii Kościoła Tubylczych Amerykanów, miałem nieodparte wrażenie, że dotykam czegoś ważnego. Nie zastanawiałem się wtedy, dlaczego tak się właśnie dzieje, kim są zgromadzeniu ludzie, ani co tak naprawdę przez całą noc śpiewów i modlitw wyrażają w swoich ojczystych językach. Jednak o poranku, patrząc na masyw Montserrat, poczułem ten sam zachwyt i szacunek, jak wiele lat wcześniej podczas ceremonii flesh offer w Polsce, w Kapkazach.

Duchowość „indiańska” w zgromadzonych ludziach z kilku państw, wielu kultur i języków, jednocześnie stających spólnie w Kręgu o poranku, umocniła mnie w pewnym przekonaniu: jedynie stając obnażonym przed samym sobą w prawdzie, pracując nad sobą i dla innych, jesteśmy w stanie prawdziwie być i dobrze wypełniać nasze powołanie. Bez oczekiwania na zadośćuczynienie, nagrodę czy uznanie. Im więcej dajemy, tym więcej otrzymujemy. Tym więcej możemy dalej przekazać innym. Tak naprawdę nic nie jest nam dane na wieczność. Jesteśmy jedynie powiernikami i przekaźnikami wartości i wiedzy. To, w jaki sposób o nie dbamy, w jaki sposób te wartości przekazujemy innym, czy zatrzymujemy je jedynie dla siebie, stawiając się na piedestale wszystkowiedzących ekspertów, zależy od naszego ego. Pozbywając się ego oślepionego pychą, znajdziemy wspólny język niezależnie od naszej wiary, przekonań czy pochodzenia. Działając i spotykając się z ludźmi na poziomie ducha możemy wspólnie zrobić znacznie więcej, niż spotykając się jedynie na fizycznym poziomie kontestatorów materii.

Tak było właśnie podczas mojej wizyty w Hiszpanii, kiedy okazało się, że niewielu z obecnych mówi w ogóle po angielsku, a mój hiszpański wciąż pozostawia wiele do życzenia.
Krótki pobyt w Katalonii zaskoczył mnie po raz kolejny, kiedy okazało się, że moi gospodarze biorą ślub, w dodatku prowadzony przez Jamesa. Wspinając się w górę masywu Montserrat wraz z gośćmi weselnymi w garniturach, niezwykłe wrażenie zrobiło na mnie przywiązanie tych ludzi do własnych tradycji i do Matki Ziemi. To nie było nawet mówienie o niej, ale po prostu własne, katalońskie śpiewy, tańce, a jednocześnie uważność i szacunek dla lakockiego błogosławieństwa. Elois, i będąca w zaawansowanej ciąży Jouliet, są niewątpliwie przykładem poszukujących wrażliwości osób, dla których indiańska duchowość jest codziennością: poprzez nią, albo dzięki niej, znajdują związek z rodzinną ziemią, mieszkając w 500letnim domu, uprawiając przydomowy ogródek, badając stare tradycje zamieszkiwanego kraju, czy przygotowując napary ze znalezionych ziół. Zresztą nie tylko oni – większość zgromadzonych osób z którymi udało mi się jednak porozumieć, ma w sobie wrażliwość, uwagę i skromność, której tak często brakuje w środowisku polskich indianistów. Co ciekawe – żadna ze spotkanych w Hiszpanii osób nie mówiła o sobie, że czuje się „Indianinem”. Emanowała od nich natomiast niezwykła siła wewnętrzna.

Spotkałem na swojej drodze także całkowicie pijanego Indianina. Rano był mi niemal bratem. Po kilku kieliszkach wina wypitych przez niego okazało się jednak, że rozmowy o życiu staja się coraz trudniejsze, ponieważ „Co wy biali możecie o nas wiedzieć. Wszystko co wiecie, to tylko ‘bullshit’ i kłamstawa”. Podziękowałem mu za tę wiedzę. Byłem mu bardzo wdzięczny za spędzenie z nim tych kilku chwil. Doświadczyłem, w XXI wieku, XIX wiecznego konfliktu rasowego, z którym sami Indianie mają często do dziś problem. Następnego dnia wszystko sobie wyjaśniliśmy i serdecznie się pożegnaliśmy. Mam nadzieje, że jeszcze nie raz wspólnie rozpalimy ogień. Jednak te chwile spędzone z tym pijanym Indianinem pokazały mi, jak żywe są wciąż antagonizmy, stereotypy o białych i czerwonych, i jak sobie z tym radzić. James tylko przyglądał się tej sytuacji z boku. Pokiwał tylko znacząco głową. Wiedziałem, że jako stary wojownik AIM, po prostu Jest. A ja czułem, że mam ochronę, której nikt nie jest w stanie pokonać. Między innymi to właśnie jest dla mnie częścią indiańskiej duchowości.

Duchowości, której z bardzo nielicznymi przejawami, brakuje w Polskim Ruchu Przyjaciół Indian.

Autor: Dariusz Bluewind Kachlak

Artykuł ukazał sie w Biuletynie Informacyjnym Polskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Indian I (10)/2015  

http://www.pspi.org.pl

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuły, Europa, Kultura, Polska, USA i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s