Wielka lekcja z Peru. Mija 10 lat od Baguaza

Wiosna 2009 roku w Peru upłynęła pod znakiem gwałtownych konfliktów społecznych. Centralny rząd w Limie bez konsultacji z rdzennymi mieszkańcami Amazonii przyjął opresyjne prawa zapowiadające gospodarczą inwazję w peruwiańskiej Amazonii połączoną z wydziedziczeniem jej mieszkańców. Kilkadziesiąt dni gorących protestów przyniosły paraliż komunikacyjny i widmo kryzysu energetycznego w Peru. W pierwszych dniach czerwca po wprowadzeniu przez minister spraw wewnętrznych, Mercedes Cabanillas, stanu wyjątkowego w czterech stanach Amazonii, doszło do finałowego zderzenia na tzw. Zakręcie Diabła i na stacji nr 6 peruwiańskiego koncernu państwowego PetroPeru. Od tamtych wydarzeń, wciąż rzutujących na obecne oblicze kraju, mija właśnie 10 lat.

Wydarzenia peruwiańskie roku 2009 w szerszym kontekście stanowią przykład tego w jaki sposób centralne władze nie powinny rozmawiać z obywatelami własnego kraju, w kontekście południowoamerykańskim są natomiast przestrogą dla wszystkich organizacji państwowych i politycznych jak nie należy traktować rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Uwaga ta w czasie teraźniejszym tyczy się szczególnie Brazylii, w której wraz z triumfem w wyborach prezydenckich Jaira Bolsonaro pojawiły się plany i retoryka wymierzone w prawa rdzennych mieszkańców Brazylii zastanawiające zbieżne z tym co gościło przed dekadą na ustach peruwiańskiego prezydenta Alana Garcii, gdy z poczuciem pogardy i wolą parcelacji ich dóbr, wypowiadał się o rdzennych mieszkańcach Peru [1].

FILES-PERU-GARCIA-OBIT

W latach 2006-2007 Alan Garcia, który po dwudziestoletniej przerwie na powrót objął urząd prezydencki, rozpoczął „ambitny” plan rozwoju kraju sprowadzający się do masowego otwarcia na inwestycje zagraniczne. W roku 2007 zapraszając amerykańskich przedsiębiorców do Peru, namawiając aby przenieśli swoje fabryki do jego kraju, przekonywał ich, że „nie będzie żadnych konfliktów”. Własne intencje uświęcił spotkaniem z prezydentem USA Georgem Bushem z którym podpisał Porozumienie o Wolnym Handlu (FTA), które na oścież otworzyło drzwi do peruwiańskiej ziemi zarówno dla koncernów amerykańskich, jak i kanadyjskich. Dostosowując peruwiańską legislację nie tylko do wymagań FTA, ale i apetytów zagranicznych korporacji naftowych, gazowych i górniczych rząd w Limie przeforsował szereg siermiężnych praw, które nie tylko stały w poprzek prawu krajowemu i międzynarodowym traktatom ratyfikowanym przez Peru, ale i w praktyce doprowadzić miały do parcelacji ziem indiańskich i utraty nad nimi kontroli przez pierwszych mieszkańców Peru, społeczeństwo obywatelskie Peru de facto stawiając na pozycji klienckich wobec roszczeń zagranicznych koncernów do ziemi i zasobów naturalnych.

PIZANGO 1

Szczególnie proces ten miał być odczuwalny w peruwiańskiej Amazonii, w której między latamii 2006-2009 powierzchnia ziem objętych koncesjami na badania i wydobycie paliw kopalnych wzrosła z 15% do 72% powierzchni. Właścicielami koncesji, zwanych popularnie blokami naftowymi, w Peru stały się znane firmy tj. ConocoPhillips, Talisman Energy, Perenco, Repsol, Petrolifera, Petrobras, Pacific Rubilaes Energy, Pluspetrol, Hunt Oil Company. Alan Garcia poparcie dla nowego otwarcia surowcowego w Peru świętował między innymi goszcząc na koncesji przyznanej amerykańskiej spółce Barret. Osią niezgody z rdzennymi mieszkańcami Peru wobec szwedzkiego stołu jakie zrobiono z ziem ich przodków stały się szczególnie dwa prawa 1090 i 1064, dotykające dobrostanów leśnych i prawa do konsultacji ze wspólnotami indiańskimi.

Osobą, która wiosną 2009 roku dla skupionych wokół partii APRA, politycznych władz Peru, stanie się „uosobieniem złej woli amazońskich Indian wobec ogólnorozwojowych planów dla dobra Peruwiańczyków” okaże się Alberto Pizango, prezes Międzyetnicznego Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Puszczy Amazońskiej (AIDESEP). Pod koordynującym parasolem AIDESEP zjednoczy się w tych dniach wiele tubylczych organizacji lokalnych, a rozproszone i niezależne działania autonomicznych grup indiańskich na prowincji będą uważane przez biurokratów z Limy za każdym razem za inspirowane złą wolą ludzi AIDESEP.

Alberto Pizango Chota, jako przewodniczący AIDESEP, w kolejnych tygodniach na konferencjach prasowych i w studiach telewizyjnych będzie artykułował stanowisko Indian, którzy aby zapobiec naruszeniu ich praw rozpoczęli blokowanie dróg, arterii wodnych, portów, punktów wydobycia i przesyłu ropy i gazu. „Ojciec zawsze mówił mi, że ziemia była pożyczona, ona nie jest Tobie dana. Kiedy pożyczasz coś musisz dbać o to nawet bardziej niż jego właściciel” – tłumaczył Alberto Pizango meksykańsko-niemieckiej grupie dokumentalistów, którzy analizując kolejne etapy, które doprowadziły do „Baguaza” odwiedzili jego rodzinne strony [2]. Rozwijając swoją myśl Pizango tłumaczył szczególny stosunek Indian do ziemi: „Rdzenni mieszkańcy zawsze podążali za zasadą nie plądrowania natury, raczej szanowali ją. Nasze terytoria są dla nas święte, zapewniają nam egzystencję, bez nich nie możemy żyć. […] Akumulację pieniędzy i bogactwa [przy niszczeniu zdrowia i życia ludzi oraz kultury] nazywamy dzikim rozwojem, ponieważ czy tego chcesz czy nie, zabijasz las deszczowy”.

Występując na jednym z lokalnych spotkań w peruwiańskiej Amazonii wspominając wydarzenia roku 2009 lider AIDESEP mówił: „Dlaczego Alan Garcia chciał sprzedać Wasze terytoria? Powinien sprzedać swój pałac i wydobyć ropę stamtąd. Nasi przodkowie uczyli nas bronić swojego terytorium. Nasi pradziadkowie i dziadkowie nauczali nas o prawach do naszych terytoriów. [Robili to ponieważ wiedzieli, że], jesteśmy niczym bez naszych ziem”.

Jak konstatuje te stanowisko Pizango: „Dla nas ziemia nigdy nie powinna być sprzedana. Nie negocjujemy w oparciu o naszą ziemię. Było to tym, czego rząd Garcii nie rozumiał”.

Niezrozumienie dla prerogatyw kierujących rdzennymi mieszkańcami Amazonii, doprowadziło do głośnego zderzenia, które na kilka tygodni zatrzęsło prawnymi i moralnymi podstawami peruwiańskiego państwa. Od kwietnia Indianie w całej peruwiańskiej Amazonii jednocząc się we wspólnym sprzeciwie ponad podziałami zawiązali szereg demonstracji i blokad. Wydarzenia te przez wiele dni były ignorowane przez peruwiański rząd. Alan Garcia z gestami wzajemnej przyjaźni spotkał się w tym czasie w Limie między innymi z Francois Perrodo, prezesem angielsko-francuskiej firmy naftowej Perenco, żywotnie zainteresowanej wydobyciem w północnej części peruwiańskiej Amazonii [3]. Równolegle zespół badawczy Perenco, przedzierał się przez rzeczną blokadę z indiańskich łodzi, w asyście wojskowej kanonierki.

Szczególnie zdecydowane nastroje panowały wśród demonstrujących zgromadzonych na tzw. Zakręcie Diabła (Curva el Diablo) obszaru położonego, jak zauważy Juan José Quispe Capacyachi z Instituto de Defensa Legal (IDL), nieopodal wioski Siempre Viva w dystrykcie Milagro, prowincji Utcubamba w granicach regionu Amazonas. Zarówno w reporterskim opisie wydarzeń tamtych dni, jak i ustalonej tradycji ostatnich lat, lokalizacja ta łączona jest bardziej z regionem Bagua i my w celach orientacyjnych pozostajemy wierni temu przekazowi w niniejszym piśmie. Tak więc na „Zakręcie Diabła” w obszarze Bagua, zgromadziło się około 3000 Indian z ludów Awajun i Wampi oraz ludność metyska. Jeden ze zgromadzonych w wypowiedzi, która przebiła się do peruwiańskich mediów powiedział: „W Kongresie (peruwiańskim parlamencie] nie ma ludzi przemawiających w naszym imieniu. Tylko milionerzy chroniący interesy międzynarodowych przedsiębiorstw”.

Alberto Pizango obserwując narastające napięcie jako przewodniczący AIDESEP poszukiwał dialogu w stolicy, prosił peruwiański rząd o „natychmiastowe spotkanie, aby uniknąć godnych pożałowania konsekwencji”. Alan Garcia postanowił rozegrać narastający konflikt lokując siebie na pozycji obrońcy praw większości – mieszkańców miast i ubogiej ludności oczekującej na owoce nadchodzącego rozwoju – przeciwstawiającego się „roszczeniowej mniejszości”, która opierając się na przebrzmiałych hasłach przeszłości i plemiennego dziedzictwa chciała zachować dla siebie to, co należało „do wszystkich Peruwiańczyków”. Podczas wiecu w Limie prezydent Peru oświadczył: „Kiedy mamy zasoby takie jak gaz, ropa i obfite zasoby ryb w Amazonii to możemy dać pracę tak wielu ludziom. To nie należy do grup, które miały dobrą fortunę się tam urodzić. Amazonia należy do Was i do Waszych dzieci. To należy do całego narodu. Bogactwa Peru należą do wszystkich Peruwiańczyków i powinny zapewnić szczęście Wam wszystkim”.

Na dłuższą metę wzięcie pospolitego ruszenia mieszkańców Amazonii na wyczekanie nie mogło przynieść dobrego efektu. Jak przyznawał później piastujący w tamtym czasie urząd premiera Yehude Simon zawiązywane blokady powodowały problemy z zaopatrzeniem. Regionalne administracje i przedsiębiorcy zwracali się do rządu o rozwiązanie sprawy. To właśnie premierowi przypadła rola koncyliacyjna. Podczas zwołanej komisji Yehude Simon ogłosił, że „państwo peruwiańskie zapominało o rdzennych społecznościach z Amazonii od wieków. Rząd premiera Garcii chce zakończyć te zaniedbania”. Oferta premiera dla protestujących Indian dotyczyła przeglądu praw i zmienienia tych części, które „dotykają rdzennych braci”. Zatrzymanie się w pół drogi nie było jednak brane pod rachubę przez Indian, którzy doszukiwali się w tym wybiegu, aby przesunąć granice i zdroje praw wcześniej nienaruszalne. Yehude Simon szybko przekonał się, że protestujący rdzenni Peruwiańczycy nie chcieli korekt, a uchylenia przyjętych praw.

Tymczasem kryzys narastał, a rdzenne społeczności zajmowały kolejne kluczowe przyczółki w Amazonii. Piętnastego dnia protestu setki Indian zgromadziło się wokół Stacji nr 6 należącej do peruwiańskiego podmiotu państwowego PetroPeru w departamencie Loreto. Simon Huipio, przywódca protestu wspomina, że zgromadzeni zajęli gazociągi i domagali się wstrzymania prac. Wywołało to oburzenie prorządowych dziennikarzy i komentatorów. Jedna z takich dziennikarek, niejako wykonując gest w kierunku Alberto Pizango zaprosiła go do wieczornego programu tylko po to by udzielić mu protekcjonalnej reprymendy. Przekonywała, że kraj nie zatrzyma się dla Indian, a lider AIDESEP bierze na siebie wielką odpowiedzialność. Pizango przekonywał, że mieszkańcy Amazonii nie są tu siłą ofensywną. Bronią tylko swoich praw, a teraz „rządy prawa” chronią interesy koncernów, nie natomiast terytorialnych praw rdzennych społeczności. Wobec tego dziennikarka zakończyła rozmowę słowami: „Nie będę bez światła tylko dlatego, że nie chcesz rozmawiać.. Dziękuję i mam nadzieję, że otworzysz się na więcej dialogu”. Gdy Pizango odparł, że jest otwarty na rozmowy zdążył jeszcze usłyszeć: „nie wydaje mi się”.

Medialne gesty „zniecierpliwienia”, będące częścią miękkiego oddziaływania, zapowiadały zmianę strategii w zakresie twardych środków nacisku. A nikt nie był ich bardziej przekonującym dysponentem niż czynniki rządowe. Wielką zmianę zapowiedział osobiście prezydent Alan Garcia. Spoglądając w obiektyw kamery odnosił się do protestujących Indian następującymi słowy: „Ci ludzie nie mają władzy królewskiej. Oni nie są obywatelami pierwszej klasy. 400 tysięcy rdzennych mieszkańców nie może mówić 28 milionom Peruwiańczyków, że nie mają żadnych praw, że nie mają prawa tam przychodzić. To jest tak jakby chcieli zabrać nas z powrotem do prymitywnych czasów. Do tej pory rząd był ekstremalnie cierpliwy. Ale kraj nie może mieć broni nad swoją głową. Rząd musi podjąć działania celem siłowego przywrócenia porządku” [4].

Słowa prezydenta przemieniły się w czyny wraz z 9 maja 2009 roku, kiedy peruwiański rząd ogłosił stan wyjątkowy w regionach Loreto, Amazonas, Cuzco i Ukajali. Minister spraw wewnętrznych Mercedes Cabanillas, opatrzyła działania władz w Limie autorskim komentarzem: „Rząd zawsze próbował być cierpliwy i tolerancyjny. Ale nie możemy akceptować tego typu niepokojów. Jesteśmy w pełni gotowi do użycia naszej konstytucyjnej władzy”. Manifestacją tej gotowości stało się wysłanie ciężko uzbrojonych oddziałów policyjnych w miejsca gdzie utrzymywały się najbardziej dokuczliwe blokady. W pierwszych dniach skonfrontowani ze sobą funkcjonariusze resortów siłowych i Indianie wykonywali gesty świadczące o wzajemnym zrozumieniu, a nawet solidarności. Stojący na czele nielicznego, 38-osobowego oddziału policyjnego wysłanego w rejon stacji nr 6, dowódca Miguel Montenegro zainicjował spotkanie między swymi podkomendnymi a sięgającą momentami półtora tysiąca osób grupą blokującą te miejsce, obiecując, że „funkcjonariusze nikogo nie zranią”. Na „Zakręcie Diabła” pod Bagua zgromadzeni skandowali w kierunku policjantów: „Bracia policjanci nasza Walka nie jest przeciw Wam. Nasza walka jest przeciw rządowi. Alan Garcia jest zdrajcą”.

Na prowincji mimo wprowadzenia stanu wyjątkowego stan faktyczny radykalnie się nie zmienił. Do zaostrzenia artykulacji doszło natomiast w Limie. Alberto Pizango wobec użycia legislacyjnej pałki oznajmił w imieniu AIDESEP: „Deklarujemy, że nasi ludzie są w powstaniu. To oznacza, że podążamy tylko za prawami naszych przodków, a wszystkie siły wkraczające na nasze terytoria będą uważane za zewnętrzną agresję”. Premier Yehude Simon odnosząc się do tej wypowiedzi uznał, że „Pan Pizango nawołując do rozlewu krwi, wysyła tysiące rdzennych mieszkańców na gilotynę”. To jednak nie takie krwiste wymiany zdań stanęły u podwalin zderzenia do jakiego wkrótce doszło, a niepowodzenia związane z próbą uchylenia prawa leśnego 1090, którego zezłomowanie zdaniem Alana Garcii, pogrzebałoby FTA. Włączenie się w rozmowy prezydenta Kongresu Javiera Velasqueza Quesquena na niewiele się zdało. Rząd postanowił ostatecznie rozwiązać sprawę siłowo.

5 czerwca 2009 roku, jak na ironię w międzynarodowy dzień ochrony środowiska, rząd postanowił zerwać blokadę na Zakręcie Diabła, wysyłając przeciwko demonstrującym Awajun, Wampi i Metysom specjalne oddziały policji pod dowództwem Luisa Muguruza Delgado. Nie udało się do tej pory przekonująco ustalić, kto dopuścił się pierwszego aktu przemocy. Nie ulega wątpliwości niemniej, że Indianie byli uzbrojeni co najwyżej w kije i włócznie, podczas gdy policjanci dysponowali automatycznymi karabinami, helikopterami i gazem łzawiącym. Zdaniem niektórych Indian pierwsze strzały jakie dosięgły demonstrantów miały paść właśnie z przelatującego helikoptera. Rozkaz dokonania eksmisji zgromadzonych, zdeterminowanych, aby utrzymać protest, nie mógł zresztą zakończyć się bez konfrontacji. Wbrew przyjętemu scenariuszowi zderzenie policjantów z jednej strony, a Indian i Metysów z drugiej zakończyło się brutalną fizyczną konfrontacją i regularną bitwą, która była potem kontynuowana na ulicach pobliskich miejscowości.

Rząd Peru w dobie mediów społecznościowych i telefonów komórkowych z opcją rejestrowania obrazu nie mógł jak przed kilkudziesięciu laty ukazać rozlewu krwi jako typowych zamieszek w odległych rejonach kraju. Na wielu nagraniach zarejestrowano brutalność policjantów, w tym ciężko okaleczone ciała. Belgijscy wolontariusze pracujący w Bagua rozpowszechnili szokujące zdjęcia martwych cywilów, które zaprzeczyły narracji szybko przyjętej przez rząd, że tylko policjanci ponieśli straty. Zasadniczo opis konfrontacji dostarczany przez niezależnych dziennikarzy, blogerów i organizacje międzynarodowe mówił o „masakrze, a nawet ludobójstwie Indian”. Organizacja Survival International zajmująca się ochroną praw rdzennych społeczności, nawiązując do 20-tej rocznicy brutalnej masakry w Chinach, nazwała to co wydarzyło się pod Bagua mianem „Placu Tiananmen w Peru”. Takiej klasyfikacji sprzyjały początkowe, niedokładne dane napływające z miejsca wydarzeń mówiące na przemiennie o 10, 34, 50, a nawet 100 zabitych Indian. Grozy tym relacjom, nadawały nigdy nie potwierdzone pogłoski o tym, że siły policyjne zbierały ciała zabitych Indian, paliły je i wrzucały do rzeki, tak aby zaniżyć liczbę zabitych autochtonów. W odpowiedzi na te doniesienia, ku jego irytacji dystrybuowane w mediach zagranicznych, prezydent Alan Garcia, propagował wersję wydarzeń mówiącą o „ludobójstwie policjantów”.

CABANILLAS yEHUDE sIMON

W rzeczywistości podczas starcia na „Zakręcie Diabła” zginęło ostatecznie 10 Indian i Metysów z jednej strony oraz 11 policjantów z drugiej. Rannych zostało 205 osób, w tym 172 Indian i Metysów, (spośród których 50 miało rany po kulach) a po drugiej stronie 33 policjantów). Aresztowano ponad 100 osób.

Alberto Pizango komentując napływające informacje spod Bagua oświadczył, że „jest wstydem dla demokratycznego rządu zabijanie innych Peruwiańczyków, jak i zmuszanie ich aby zabijali się nawzajem”. Przedstawiciele rządu poszukiwali słów, które mogłyby uwiarygodnić i uprawomocnić wydarzenia ostatnich godzin, które pod względem proporcji wymknęły się im spod kontroli. Premier Yehude Simon oświadczył niezgrabnie: „Ostatecznie ustanowiliśmy porządek i dyscyplinę w naszym kraju”. Zdecydowanie dalej posunęła się szefowa MSZ, Mercedes Cabanillas, która rozpoczęła poszukiwanie i rozliczanie winnych. A znalazła ich na czele tubylczych oponentów, jak i za granicą. Jej słowa zasługują na szersze przytoczenie:

„Rzeczy takie jak te nie dzieją się z łaski bożej. To wydarzyło się, ponieważ była konspiracja i prowokator. Pan Pizango jest wyraźnie odpowiedzialny. Może nie fizycznie odpowiedzialny, ale zdecydowanie odpowiedzialny intelektualnie. Agitował, oszukiwał, kłamał i manipulował rdzennymi mieszkańcami, mówiąc im, że ich ziemie zostały już sprzedane, a ich woda sprywatyzowana i że powinni walczyć aż do śmierci. System prawny powinien go natychmiast aresztować za jego kryminalne czyny. Pizango stanie przed obliczem prawa”. Wobec takiego wskazania współpracownicy Alberto Pizango uznali, że nie powinien on czekać i być wystawiony na „rządzę zemsty” organów siłowych. Zbiegł on do Ambasady Nikaragui w Limie i poprosił o azyl. Kolejny rok spędził w Nikaragui, powrócił on do Peru po roku aby skonfrontować się z zarzutami stawianymi jego osobie.

Tym co początkowo stało się nieodróżnialne, zwłaszcza w przekazie mediów zagranicznych, to rozgraniczenie aktów przemocy i idących za nimi ofiar do jakich doszło w dwóch osobnych miejscach. Mianowicie starcia, które przeszło do historii jako „El Baguaza” i w którym zginęło co najmniej 21 osób po obu stronach, a brutalnego aktu wendetty do jakiego doszło w pobliżu stacji nr 6. PetroPeru. Otóż w drugiej spośród wymienionych lokalizacji utrzymywało się względnie pokojowe status quo, tak długo, dopóki nie dotarły informacje o wynikach konfrontacji na „Zakręcie Diabła”. Jak powiedział zespołowi dokumentalistów meksykańsko-niemieckich Fernando Uzana, inżynier pracujący na tym odcinku: „Radio doniosło, że to co wydarzyło się na Curva el Diablo, było ludobójstwem. Było to przesadą. Ale ta wiadomość [i zawyżone bilanse ofiar] rozwścieczyły Indian [protestujących w tym regionie Loreto]”. Wściekłość ta skumulowała się i skierowała przeciwko małemu oddziałowi policjantów pod dowództwem Miguela Montenegro. Simon Huipio, jako jeden z liderów miejscowej blokady zwrócił się do Indian: „Bracia, nie doprowadzajcie do większej ilości cierpień, ale oni zupełnie ignorowali przywódców. Wszystko było poza kontrolą”.

Grupa tutejszych Indian i Metysów sformułowała szpaler i udała się po policjantów. Miguel Montenegro był przekonany, że uda mu się uspokoić sytuację, ale jak relacjonuje anonimowy policjant, który przeżył te wydarzenia, został zakrzyczany kalumniami a także wymierzanymi mu razami, także przy użyciu kijów. Wobec zagęszczającej się atmosfery radykalna grupa protestujących zabrała ze sobą kilkunastu policjantów i udała się z nimi na wzgórze. Początkowo zażądali natychmiastowego wypełnienia ich żądań przez ministerstwo spraw wewnętrznych włącznie ze zniesieniem stanu wyjątkowego, w przeciwnym razie grozili egzekucją zabranych policjantów. W rzeczywistości do brutalnej egzekucji faktycznie doszło. Zginęło 12 policjantów, a wśród nich dowódca Miguel Montenegro. Jednego z policjantów nigdy nie odnaleziono, jego ojciec, Felipe Bazan przez lata poszukiwał wiadomości o synu, ufając, że nadal może on żyć.

Podczas pogrzebu swojego męża, Flor de Maria Vasquez Montenegro, wdowa po Miguelu Montenegro, wygłosiła przejmującą mowę żałobną: „Trzymam te kwiaty jako symbol pokoju dla wszystkich, także dla rdzennych braci”. Była całkowicie przekonana, że jej mąż by ich nie skrzywdził, chroniłby ich, tak jak każdego, „ponieważ był wspaniałym człowiekiem”. Podczas specjalnej ceremonii na cześć policjantów, którzy zginęli na Zakręcie Diabła i Stacji nr 6, w zupełnie inne tony uderzył prezydent Alan Garcia: ”Oddaje hołd zamordowanym policjantom, zamordowanym przez dzikość, barbarzyństwo i brutalność. Nasz kraj padł ofiarą konspiracji pragnącej cofnąć nas wstecz. Absurdem jest wiara w poprowadzenie nas prosto do XIX wieku. Oni zgromadzili swoje armie w otchłani lasu deszczowego, w najbardziej zacofanej części naszego narodu”.

Bagua 1

Sugestie powtarzane przez Mercedes Cabanillas i Alana Garcię były znamienne. Oboje nie byli gotowi przyznać, że przyjęta przez nich strategia konfrontacji wymknęła się im spod kontroli; nie docenili również determinacji Indian w wysiłku ochrony swoich praw jak również tego, że bezceremonialna licytacja ziem ich przodków okaże się dla pierwszych mieszkańców Peru rubikonem nie do przekroczenia. Nie będąc gotowymi przyznać, że popełnili fundamentalny błąd, czując jednocześnie, że przejęli inicjatywę i mają teraz na podorędziu zarzuty kryminalne wobec swoich oponentów, dygnitarze musieli na prędce sklecić wersję tłumaczącą to co „niedopuszczalne w sytuacji zwyczajnej”. Dlatego protesty rdzennych mieszkańców peruwiańskiej Amazonii – dziesiątki ofiar śmiertelnych i setki rannych – musiały zostać ukazane jako konsekwencja sytuacji ekstraordynaryjnej. Wynaleźli więc agitatora i prowokatora (Pizango), ciemne i niezorientowane siły kryjące się w dżungli (Indianie uzbrojeni w kije i włócznie) oraz rzeczywistych inspiratorów usadowionych w wygodnych apartamentowcach za granicą, którzy kierowali nimi niczym własnymi marionetkami. Przeinaczenie biegu wydarzeń ostatnich tygodni miało za zadanie zgromadzić opinię publiczną wokół rządu, celem obrony Peru przed zewnętrznymi knowaniami. W polskojęzycznych mediach na łamach Rzeczpospolitej interpretację uderzającą w podobne tony pt. „Kto podburza Indian” opublikowała Małgorzata Tryc-Ostrowska. W jej artykule będącym swoistym komentarzem do protestów Indian czytamy, że „lewicowych przywódców regionu kłują w oczy także dobre stosunki prezydenta Garcii z Waszyngtonem. Destabilizacja Peru wskutek blokowania przez Indian dróg i instalacji naftowych byłaby im na rękę”. Tak więc za wydarzeniami peruwiańskimi stali Hugo Chavez, Evo Morales, bracia Castro, a może nawet Rafael Correa [5].

Ustabilizowanie takiej opinii byłoby na rękę zarówno Alanowi Garcii, jak i Pani Cabanillas. Ich problem polegał na tym, że nie uwierzono w to nawet w samym Peru. Uznawane za apatyczne społeczeństwo peruwiańskie Peru zmobilizowało się i już 11 czerwca 2009 roku pokazało rządowi co sądzi o brutalnych rozwiązaniach i ignorowaniu postulatów rdzennych społeczności. Strajk generalny jaki zawiązano tego dnia zgromadził 20 tysięcy osób pod Kongresem w Limie, w miastach na prowincji ludzie gromadzili się również tysiącami. Obserwatorzy zauważyli, że w protestach tych nie brała udziału jedynie koncesjonowana lewicowa opozycja, ale ludzie unikający na co dzień udziału w politycznych manifestacjach: kobiety sprzedające warzywa i owoce na lokalnych rynkach, taksówkarze, nauczyciele i artyści [6]. Krytyka nadchodziła również ze sprzyjających rządowi Garcii środowisk za granicą. The Globe and Mail, kanadyjska gazeta raczej o konserwatywnych afiliacjach opublikowała artykuł wstępny krytykujący prezydenta Garcię. Potępiono w nim etykietowanie amazońskich Indian jako terrorystów i zasugerowano, że dekrety niezgody powinny zostać uchylone.

Wrzało również na sali peruwiańskiego Kongresu. Premierowi Yehude Simonowi wobec jego oburzenia zasugerowano, że ma ręce umoczone we krwi. Ostatecznie 13 dni po wydarzeniach pod Bagua, prezydent Alan Garcia oznajmił, że „nauczył się, że zbyt szybka modernizacja naszego kraju tworzy konflikty’. Dwa tygodnie po konfrontacji peruwiański kongres przytłaczającą ilością głosów oddalił ostatnie dwa dekrety które podtrzymywały opór rdzennych społeczności.

Chociaż w kolejnych latach, także specjalni wysłannicy ds. ludów tubylczych ONZ odnotowywali poprawę standardów odnośnie respektowania praw rdzennych mieszkańców Peru, a niektórzy działacze indiańscy przyznają, że po Bagua łatwiej dochodzić im swoich praw, wielka konfrontacja tamtych dni nie zamknęła problemów stojących przed poszczególnymi ludami Amazonii. Co jakiś czas do peruwiańskich ciał ustawodawczych powracają prawa liberalizujące podejście do wspólnotowych praw rdzennych mieszkańców i wyciągania z ich ziem zasobów naturalnych. Indianie Achuar, którzy oddalili po długiej kampanii roszczenia Talisman Energy, będące następstwem polityki Alana Garcii, zmagają się z nowymi roszczeniami do ich ziem i zasobów [7]. Grupy przemytnicze i kompanie drwalskie zagrażają ludom pozostającym w dobrowolnej izolacji [8]. Zmagania i problemy rysujące się przed rdzennymi mieszkańcami Amazonii możemy na bieżąco śledzić monitorując publikacje AIDESEP, czy choćby organizacji regionalnych takich jak np. FECONACO i ORPIAN.

Również spuścizna krwawej i brutalnej wiosny 2009 roku nie została należycie rozliczona. Alberto Pizango powrócił do Peru i stanął przed oskarżeniami o rebelię, morderstwo, akcję wywrotową i spisek przeciw państwu peruwiańskiemu. Wraz z nim na ławie oskarżonych za te same wydarzenia usiadło 52 innych osób, którym groziła kara od 35 lat do nawet dożywotniego pozbawienia wolności. Trwające niemal 2,5 roku rozprawy sądowe zakończyły się historycznym uniewinnieniem w dniu 22 września 2016 roku. Tylko jedna strona tamtych wydarzeń, rdzenni mieszkańcy peruwiańskiej Amazonii, zasiedli na ławie oskarżonych po Bagua. Wytypowano również domniemanych 6 winnych policjantów, ale ich procesy sądowe na dobre nie ruszyły [9].

Bagua 2

Na ławie oskarżonych nigdy natomiast nie zasiedli główni decydenci rządowi tamtych wydarzeń. Mercedes Aráoz, pełniła w rządzie Alana Garcii funkcję ministra handlu zagranicznego i turystyki. Była bezpośrednio odpowiedzialna za kształt FTA i standardów prawnych ukształtowanych w toku jej przyjęcia. Nigdy nie stała na czele resortów siłowych w tamtym czasie, ale jej legislacyjna ręka wyrzeźbiła prawne kanony, które legły u podstaw konfrontacji czerwcowej. Mercedes Aráoz podała się wówczas do dymisji miesiąc po krwawej łaźni, ale kilka lat później objęła jeszcze wyższy urząd: otrzymała tekę premiera od prezydenta Pedro Pablo Kuczynskiego w 2017 roku. Wdowa po dowódcy Miguelu Montenegro poczuła się osobiście dotknięta tą nominacją. Jej zdaniem Aráoz miała wiele wspólnego z kwestią Baguazo, a mimo to nigdy nie poczuła się współwinna, nie przeprosiła. „Czego możemy oczekiwać od takiego premiera?” – pytała retorycznie. Z kolei Nancy Salcedo Meza, siostra nieżyjącego podoficera policji, próbowała pociągnąć do odpowiedzialności Mercedes Cabanillas. Była minister spraw zagranicznych nie tylko twierdzi, że ma czyste ręce, ale zagroziła siostrze nieżyjącego policjanta procesem karnym jeżeli będzie używała jej imienia w kontekście osób odpowiedzialnych za „Baguazo” [10].

Do 10. rocznicy Baguazo nie dożył z kolei trzeci rządowy decydent, który potencjalnie mógłby odpowiedzieć za doprowadzenie do konfrontacji między policjantami a Indianami. Alan Garcia, który do niedawna myślał jeszcze o trzeciej kadencji prezydenckiej, w kwietniu 2019 roku popełnił samobójstwo na krótko przed zamiarem jego zatrzymania i postawieniem przed sądem. Tym, co miałoby zgubić dwukrotnego prezydenta Peru, to skłonność do wchodzenia w bliskie kontakty z zagranicznymi potentatami biznesowymi. Tym razem Alan Garcia nie miał jednak wydać budzącej konflikty społeczne koncesji na wydobycie surowców, ale przyjąć prezent opiewający na sumę 100 tysięcy dolarów USD od brazylijskiego przedsiębiorstwa budowlanego Odebrecht [11]. Sędzia Juan Sanchez Balbuena zarzucił Garcii pełnienie funkcji szefa kryminalnej organizacji piorącej brudne pieniądze. Alan Garcia strzelił sobie w głowę w momencie kiedy policjanci zamierzali dokonać jego aresztowania. Dwukrotny prezydent Peru zmarł w szpitalu.

20. czerwca 2009 r. pod ambasadą Peru w Warszawie, odbył się happening popierający walkę Indian amazońskiej dżungli do samostanowienia i prawa do własnej ziemi. Protestowano także przeciwko gwałtownym represjom skierowanym wobec Indian w okolicach miejscowości Bagua [12].

Autor: Damian Żuchowski
Źródło: Wolnemedia.net

Przypisy

[1] Porównaj z retoryką bolsonarystów w artykule „Apologia dyktatury i wizja zniszczenia indiańskiej Brazylii”, https://wolnemedia.net/apologia-dyktatury-i-wizja-zniszczenia-indianskiej-brazylii/

[2] Mowa tu o filmie Heidi Brandenburg i Mathew Orzela „Cuando dos mundos colisionan”, http://www.miradoriu.org/spip.php?article592

[3] „Perenco to invest over US$2 billion in Peru oil fields”, https://andina.pe/Ingles/noticia-perenco-to-invest-over-2-billion-in-peru-oil-fields-229571.aspx

[4] Alan Garcia, „Indigenas: Ciudadanos de Segunda Clase”, https://www.youtube.com/watch?v=nQzFEJ14L7M

[5] Małgorzata Tryc-Ostrowska, „Kto podburza Indian”, https://www.rp.pl/artykul/317099-Kto-podburza-Indian.html

[6] Stephanie Boyd, „Brutality in Bagua,” https://newint.org/blog/editors/2009/06/17/brutality-in-bagua

[7] Damian Żuchowski, „Talisman Energy wycofuje się z Peru”, https://wolnemedia.net/talisman-energy-wycofuje-sie-z-peru/

[8] Damian Żuchowski, „Ostrzeżenie znad rzeki Envira. Nowe nagranie FUNAI”, https://wolnemedia.net/nowe-nagranie-funai-ostrzezenie-znad-rzeki-envira/

[9] Juan José Quispe Capacyachi, „A casi 10 años del mal llamado „Baguazo”, poco o nada ha cambiado”, https://www.servindi.org/actualidad-opinion/30/05/2019/casi-10-anos-del-mal-llamado-baguazo-poco-o-nada-ha-cambiado

[10] „Líderes indígenas piden que Mercedes Aráoz sea juzgada por ‚Baguazo” https://diariocorreo.pe/politica/lideres-indigenas-piden-que-mercedes-araoz-sea-juzgada-por-baguazo-774283/

[11] Skandal z Odebrechtem ma związek z budową metra w Limie, ale nie można zapominać, że dzięki Alanowi Garcia Odebrecht miał osiągnąć znaczne korzyści, także za pośrednictwem projektu budowy tam na rzekach w Peru. Znamiennym pozostaje tu przykład próby konstrukcji tam na ziemiach Indian Ashaninka. Zobacz: Damian Żuchowski, „Pakitzapango: Koszmaru Ashaninka ciąg dalszy…”, https://wolnemedia.net/pakitzapango-koszmaru-ashaninka-ciag-dalszy/

[12] Demonstracja pod Ambasadą Peru, https://amazonicas.wordpress.com/2011/01/16/demonstracja-pod-ambasada-peru-20-09-2009/

Reklamy
Opublikowano Artykuły, Korporacje i Instytucje, Peru, Protesty | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Historyczne zeznania ws. eksterminacji ludu Waimiri Atroari

Najpierw przybyły helikoptery, które zrzuciły chemiczne bomby. Następnie przyszli ludzie w zielonych mundurach, którzy przystąpili do rzezi Indian, aby oczyścić przestrzeń do budowy drogi. To jeden z rozdziałów trwającej przez dziewięć lat wojskowej okupacji terytorium Indian Waimiri Atroari, którzy znaleźli się na celowniku wojskowej dyktatury Brazylii, kiedy w latach 1968-1977 stanęli na drodze konstrukcji drogi BR-74 w głąb Amazonii, mającej połączyć brazylijskie miasta Manaus i Boa Vista. W trakcie tego okresu zginęło prawdopodobnie około 2000 członków plemienia. Przeżyło znacznie mniej niż 500.

Kiedy wojskowa dyktatura Brazylii rozpoczęła wielki infrastrukturalny projekt włączenia Amazonii do wielkiej arterii społeczeństwa narodowego Brazylii, której główną nitką była szosa transamazońska, wysłała robotników, inżynierów budowlanych, a wkrótce uzbrojonych żołnierzy na terytoria rdzennej ludności Brazylii. W tamtym czasie wiele ludów Amazonii nadal nie utrzymywało kontaktów ze społeczeństwem narodowym, a niektóre z nich nawiązały kontakty lub wznowiły je po trwającej pokolenia przerwie. Jednym z największych populacyjnie ludem, który wciąż unikał kontaktów i demonstrował zbrojną niechęć do wkraczania na jego terytorium, pozostawał lud Waimiri Atroari w brazylijskim stanie Roraima, znany również jako Kinja.

Po pierwszych incydentach przy budowie drogi w głąb terytorium Waimiri Atroari, wojskowy rząd Brazylii wysłał na ich terytorium ciężko uzbrojone oddziały żołnierzy, a wkrótce zamknął dostęp do ziem plemienia dla antropologów i misjonarzy. To co działo się na ziemiach Waimiri Atroari przez następne lata w dużej mierze pozostawało tajemnicą. Na jaw zaczęło wychodzić dopiero w latach 1980. Zainaugurowana przy brazylijskim parlamencie kilka lat temu Komisja Prawdy badająca nadużycia z czasów dyktatury ponownie wyniosła na światło dzienne zbrodnie jakich ofiarą padli Waimiri Atroari. W 2014 roku brazylijska komisja prawdy potwierdziła, że ponad 8000 członków rdzennych ludów Brazylii zostało zabitych z rąk autorytarnych reżimów w latach 1946-1988, z czego zdecydowana większość ofiar przypadła na lata dyktatury wojskowej (1964-1985).

W marcu na terenie rezerwatu Indian Waimiri Atroari zwołano specjalne wyjazdowe posiedzenie sądu, podczas którego świadkowie i ofiary złożyli swoje zeznania. Przesłuchanie odbyło się w krytej strzechą chacie w kształcie stożka, w której zwykle Waimiri Atroari organizują spotkania i uroczystości. Na jeden dzień tradycyjna sala spotkań przemianowana została w budynek sądu, podczas sesji którego sześciu świadków opowiadało o latach dyktatury wojskowej (1964-1985) w trakcie których Indianie w tym obszarze byli atakowani przy wykorzystaniu broni palnej, bomb i chemikaliów. Associated Press i jedna lokalna gazeta brazylijska były jedynymi przedstawicielami mediów dopuszczonych do udziału w posiedzeniu sądu, w głębi wielkiego rezerwatu, do którego wstęp zgodnie z brazylijskim prawem jest ograniczony.

W trakcie omawianych wydarzeń senior plemienia Bare Bornaldo Waimiri, opisał przerażającą scenę, w trakcie, której stracił matkę, ojca, siostrę i brata. Do masakry w której stracił najbliższych doszło najprawdopodobniej w 1974 roku, kiedy agresja wojskowa w regionie nasiliła się. Inną akcję przeciwko plemieniu opowiedziała „smukła i cicha” Dawuna Elzo Atroari. „Przed powstaniem tej drogi żyliśmy dobrze i w spokoju, byliśmy zdrowi. Po pojawieniu się drogi ludzie umierali, a my byliśmy zagrożeni” – relacjonowała z trzęsącymi się rękami.

Prokurator Júlio Araújo w rozmowie z „Amazônia Real” stwierdził, że najważniejszym ze wszystkich sześciu zeznań było te złożone przez Bare Bornaldo. Zawierało one świadectwo ataku na wioskę Somudy przy użyciu substancji wywołującej „ciepło w ciele”. W tym samym czasie w każdej wiosce w regionie zginęło średnio 30 rodzin, co samo w sobie stanowi niezwykły epizod. Od dawna zakładano, że brazylijskie wojsko w kampanii które doprowadziło do wyniszczenia Waimiri Atroari posłużyło się napalmem. Opisany przebieg wydarzeń i towarzyszące im doznania, zdają się potwierdzać ten scenariusz.

Przesłuchanie zorganizowano niespełna sto dni po objęciu urzędu prezydenta Brazylii przez Jaira Bolsonaro. Lider Partii Społeczno-Liberalnej (PSL), sam były kapitan brazylijskiej armii, doszedł do władzy na hasłach rehabilitujących dokonania brazylijskiej dyktatury wojskowej, a w ostatnich tygodniach nakazał brazylijskiej armii świętowanie rocznicy krwawego zamachu stanu. Swój gabinet polityczny oparł w dużej mierze na byłych członkach brazylijskiej armii, a innym kontrowersyjnym przesłaniem jego kampanii wyborczej była „integracja Indian z brazylijskim społeczeństwem” poprzez zakaz demarkacji kolejnych ziem indiańskich i zgoda na gospodarczą eksploatację ziem należących prawnie już do rdzennych mieszkańców.

Świadectwa dochodzące z ziem Indian Waimiri Atroari rzucają cień na jego ideologię według, której „demokracja i wolność w Brazylii istnieją dlatego, że armia wyraża na nie zgodę” i zaprzecza rozpościeranej wizji, silnej i sprawiedliwej Brazylii pod wojskową nobilitacją.

Ostatnie przesłuchanie członków plemienia, było pierwszym przypadkiem kiedy prokuratorzy i sędzia pojawili się w kraju Waimiri Atroari, aby wysłuchać świadków opowiadających o atakach jakich doświadczyli przed kilkudziesięcioma laty. Lokalni przywódcy stwierdzili, że ich celem jest uporanie się z przeszłością i uniknięcie widma przyszłych najazdów. „Aby odwrócić tę kartę, wszyscy musimy przeczytać książkę” – oświadczył przywódca plemienny Mario Parwe Atroari. Patrząc w stronę sędziów i obecnych na rozprawie członków personelu wojskowego dodał: „Każdy powinien wiedzieć, co tu się stało, aby nigdy więcej to się nie powtórzyło”. Wiele tego typu nadużyć pozostaje prawnie i historycznie nierozliczonymi. Indianie niechętnie składają własne skargi w miejskich sądach, gdyż nie ufa się tam rdzennej ludności. Niektórzy obawiają się, że może spotkać ich zemsta za demaskowanie działań funkcjonariuszy i podmiotów państwowych oraz misjonarzy.

Wśród świadków przesłuchania znalazł się również mężczyzna ubrany w koszulę z białym kołnierzykiem i dżinsy. Kiedy Indianie zeznawali z dezaprobatą potrząsał  głową. To emerytowany pułkownik brazylijskiej armii Hiram Reis e Silva, który pracował w pobliżu rezerwatu po 1982 roku. Pojawił się na rozprawie aby reprezentować wojsko. „Moja wersja tej historii jest zupełnie inna. Jest pewna przesada. Mamy nadzieję, że prawda zostanie przywrócona” – powiedział. Zaklinał się również, że posiada kilku świadków, którzy byli pionierami przy budowie tej autostrady, lecz gdy poproszono go o udostępnienie kontaktów z którąkolwiek z nich, odmówił.

Zanim zostanie wydane orzeczenie przez sędzię federalną Raffaelę Cassia de Sousę, planowane jest jeszcze przeprowadzenie badań kryminalnych w trakcie których dojdzie do próby określenia jakiego rodzaju substancję chemiczną użyto do bombardowań opisywanych przez świadków.

„Dokumenty z tego okresu pokazują, że dyktatura wojskowa uważała tubylców za przeszkodę w rozwoju, a ich obecność w obszarach znajdujących się w zainteresowaniu rządu nie mogła powstrzymać plac budowlanych” – twierdzi uczestniczący w przesłuchaniu dziennikarz Rubens Valente, który jest autorem książki „Os fuzis e as flechas: História de sangue e resistência indígena na ditadura” traktującej o stosunku autorytarnego reżimu rządzącego w Brazylii do rdzennych mieszkańców. Waimiri Atroari zdaniem Valente padli ofiarą szczególnie gwałtownej przemocy ponieważ bronili swojego terytorium. Valente w swojej książce, na którą powołali się również prokuratorzy określił, że co najmniej 26 osób – w tym robotnicy budowlani, rządowi agenci odpowiedzialni za kontakt z grupami tubylczymi i członkowie misji religijnych – zginęło w trakcie budowy odcinka tej drogi. W zbrojnej pacyfikacji Indian, w wyniku otwartej przemocy i chorób, według prokuratury śmierć poniosło natomiast od 600 do 3000 Waimiri Atroari.

Waimiri Atroari do tej pory niechętni do publicznych zwierzeń na temat przeżytej tragedii, postanowili opowiedzieć o tragedii, aby rozliczyć się z przeszłością i zabezpieczyć się przed ponownym atakiem na ich prawa. Członkowie plemienia domagają się również zadośćuczynienia za doznane cierpienia. Chcą zobligować brazylijskie państwo: 1) do zapłacenia 13 milionów dolarów USD odszkodowania; 2) do oficjalnych przeprosin złożonych podczas ceremonii przeprowadzonej na ziemiach Waimiri Atroari; 3) do budowy muzeum, aby upamiętnić okrucieństwa; a także 4) do umieszczenia w podręcznikach szkolnych wzmianek o złamaniu praw człowieka wobec ich ludu.

Świadectwo te będzie ważne wobec nowych zagrożeń majaczących na horyzoncie. Za element swojej ofensywy gospodarczej i bezpieczeństwa narodowego Bolsonaro uznał budowę linii energetycznej łączącej stan Roraima z resztą Brazylii. Nadanie temu projektowi wyższej rangi, wobec trwającego kryzysu w Wenezueli, może pozwolić mu na uniknięcie przeprowadzenia obowiązku konsultacji z Waimiri Atroari, jak wymaga tego prawo. Jeżeli projekt energetyczny o wartości 600 milionów dolarów wejdzie w fazę realizacji, ziemie Waimiri Atroari zostaną dotknięte nową falą wylesienia w trakcie instalacji na ich terytorium kilkudziesięciu wież.

Opracowanie: Damian Żuchowski
Na podstawie: Jovensindigenas.org.brAmazoniareal.com.brApnews.comClarin.com

Od Autora:

Zachęcam do zapoznaniem się z artykułem na ten temat opublikowanym w 2012 roku “O wyniszczeniu 2000 Indian Waimiri Atroari”, który przeczytacie pod niniejszym linkiem https://amazonicas.wordpress.com/2012/05/28/o-wyniszczeniu-2000-indian-waimiri-atroari/

Opublikowano Artykuły, Brazylia, Przemoc, Wiadomości/Newsy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Bolsonaro: Apologia dyktatury i wizja zniszczenia indiańskiej Brazylii

bolsonaroJego nazwisko wciąż pada niewyraźną smugą na świadomość przeciętnego mieszkańca naszej planety, ale po I turze wyborów prezydenckich’ 2018 w Brazylii, istnieje poważne zagrożenie, że nie tylko na trwale w niej zamieszka, ale także odciśnie swoje głębokie piętno na znajdującym się w kryzysie moralnym i gospodarczym, największym kraju Ameryki Południowej. Po tym jak Jair Bolsonaro osiągnął nadspodziewany dobry wynik w pierwszej turze (46,7%), pozostawiając dalece w tyle kolejnego kandydata Fernando Haddada (28,37%) widmo jego prezydentury staje się realistyczne. Oddalić je może tylko masowa mobilizacja jego przeciwników oraz zwolenników pluralizmu politycznego i społecznego Brazylii w drugiej turze wyborów. Nie wiele niemniej na to wskazuje. Kandydata szczególnie popularnego w południowych i zachodnich stanach Brazylii, poprze prawdopodobnie blisko 60 % wyborców.

Po tym jak stało się jasne, że swojej kandydatury skutecznie nie zarejestruje uwikłany w afery korupcyjne dwukrotny prezydent Brazylii, Lula da Silva, 63-letni Bolsonaro co prawda przodował w sondażach, ale jeszcze do niedawna niewielu spodziewało się, że już na tym etapie selekcji wyborczej zdobędzie on niemal połowę głosów Brazylijczyków. Brzemienny w skutkach przełom nastąpił wraz z tragicznym dla samego Bolsonaro zamachu na jego życie na ulicach Juiz de Fora. Niesiony na rękach oddanych zwolenników, zwanych bolsonarystami (bolsonarismo), niespodziewanie został zaatakowany i kilkukrotnie ugodzony nożem przez zamachowca. Hospitalizowany w miejscowym szpitalu trafił później do Szpitala Izraelskiego w São Paulo im. Alberta Einsteina [1]. Odtąd dalszą część kampanii, przez długi czas osłabiony, prowadził ze szpitalnego łóżka. Jeden z jego czterech synów, Flavio Bolsonaro, stojąc przed placówką medyczną zapowiedział, że to tylko przybliży zwycięstwo jego ojca. Spoglądając na wyniki I wyborów prezydenckich jego słowa można by uznać za prorocze.

Naiwnym będzie jednak twierdzenie jakoby to na poły męczeńskie doświadczenie Bolsonaro w trakcie kampanii miało otworzyć przed nim drzwi gabinetu prezydenckiego. Ostatecznego wyjaśnienia nie dostarcza również sugestia, że to idąca obecnie przez świat fala szczególnej admiracji dla rządów „silnej ręki”, która wyniosła wcześniej do władzy między innymi Rodrigo Dutertre na Filipinach, przechodzi teraz przez Amerykę Południową i unosi ku górze Jaira Bolsonaro. Dlaczego? Szczególnej specyfiki obecnego momentu nie można oddzielić od niedoskonałości i wypaczeń ustrojowych i politycznych w Brazylii po upadku dyktatury (1964-1985). Brazylię bardzo chętnie, zwłaszcza za czasów 13-lecia rządów duetu Lula-Rousseff przedstawiano  – w kontekście schumpeterowskim –  jako jedną z największych sprawnie działających demokracji przedstawicielskich globu ziemskiego. Przekonaniu temu towarzyszyły głośne sukcesy gospodarcze i społeczne. Jak podkreślają zwolennicy Partii Pracujących (PT) program socjalny Bolsa Familia, który można uznać za ograniczoną formę bezwarunkowego dochodu podstawowego, pomógł wyjść z głębokiego ubóstwa nawet 30 mln Brazylijczyków. Przez długi czas utrzymujące się na wysokim poziomie wskaźniki rozwojowe, w tym sukcesy wielkich firm państwowych takich jak Petrobras, pozwalały niektórym obserwatorom postrzegać Brazylię jako jednego z najbardziej wiarygodnych członków BRICS, nowopowstałego, interkontynentalnego sojuszu gospodarczego.

W ostatnim dwudziestoleciu majestatycznie rysujący się z oddali pień brazylijskiego drzewa, zawierał w sobie, na pierwszy rzut oka niewidoczne, zmurszałe, próchniejące wnętrze. Owszem, programy socjalne Partii Pracujących zmieniły sytuację niektórych grup społecznych, nie niwelując jednocześnie drastycznie wielkich i rosnących różnic majątkowych w społeczeństwie, umacniających poczucie wykluczenia społecznego wielu Brazylijczyków. To o czym, zwłaszcza w Polsce, nie wiele mówiono to wady ustrojowe brazylijskiego państwa i kodeksu wyborczego. Panujący formalnie ustrój demokracji przedstawicielskiej w Brazylii od początku podminowany był oligarchicznym fundamentem napędzającym tłoki działania poszczególnych partii i definiującym to, co działo się w kraju w trakcie i po zakończeniu okresowego plebiscytu wyborczego. Mówimy tu o specyficznych zależnościach spotykanych również wśród innych „demokracji przedstawicielskich wielkich obszarów”, takich jak Stany Zjednoczone. Poszczególni kandydaci i partie otrzymywali dofinansowanie od czynnych podmiotów gospodarczych, prywatnych i państwowych oraz związanych z nimi biznesmenami. Przykładem personalizacji tego zjawiska i jego konsekwencji jest kariera oraz pozycja Blairo Maggiego. Związany rodzinnie z jednym z największych przedsiębiorstw sojowych na przeszedł karierę od gubernatora stanu Mato Grosso po senatora, a tuż po zwycięstwie prezydenckim Dilmy Rousseff spotkał się z  nią na pokładzie śmigłowca, by omawiać polityczne sojusze.

Funkcjonowanie brazylijskiego świata politycznego było ściśle związane ze wsparciem darczyńców. Krążenie elit i żelazne prawo oligarchii ujawniało się w Brazylii ze szczególną ostrością. Styk świata finansowego, gospodarczego i politycznego wywoływał wielkie, jeszcze nie dla wszystkich widoczne zwarcia, które wkrótce zatrzęsły całym życiem politycznym kraju. W międzyczasie Partię Pracujących (PT) zaczął zjadać własny sukces, czego jednym z przejawów było zamiłowanie do gigantomanii. Organizacja w krótkim czasie największych imprez sportowych: Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej (2014) i Igrzysk Olimpijskich (2016), kontrastowała ze spektakularnymi krajobrazami slumsów i pierwszymi przejawami upadku koniunktury gospodarczej. Wspomniana gigantomania przejawiała się również w postaci popierania i forsowania wielkich przedsięwzięć gospodarczych, infrastrukturalnych i hydroelektrycznych, wywołujących kryzysy ekologiczne oraz spory z lokalnymi społecznościami, nie rzadko eksmitowanymi lub kulturalnie i ekonomicznie wydziedziczanymi. Budowa wielkich zapór na rzekach, takich jak Belo Monte na rzecze Xingu czy San Antonio i Jirau na Madeirze realizowano przy wsparciu Brazylijskiego Banku Rozwoju Gospodarczego (BNDES). Z koniunktury budowlanej korzystały wielkie krajowe podmioty takie jak Odebrecht i Andrade Guttierez. Wielkie nakłady finansowe umożliwiały im jednocześnie ekspansję i forsowanie wielu innych kontrowersyjnych inwestycji w Boliwii, Peru czy Gujanie. Obiekcje sądów czy prokuratury, były na bieżąco usuwane przez instytucje prawne wyższych instancji. Gdy Międzyamerykańska Komisja Praw Człowieka (IACHR) zgłaszała kolejne zastrzeżenia koła decyzyjne związane z przedsięwzięciami zaczęły podważać sens brazylijskiego finansowania panamerykańskich organizacji międzypaństwowych.

Gdy wreszcie zasłona opadła, brazylijskiemu społeczeństwu ukazała się rozległa sieć korupcji i niezdrowych relacji między światem biznesu i polityki oplatająca całe ciało brazylijskiego drzewa i zatykająca wszystkie jego zdrowe pory. Wszystko rozpoczęło się od słynnej afery Lava-Jato. Na celowniku znaleźli się dyrektorzy największych przedsiębiorstw i najważniejszych opcji parlamentarnych. Sieć ujawnianych na bieżąco afer korupcyjnych dosięgła brazylijskiej wizytówki naftowej Petrobras, agresywna polityka gospodarcza brazylijskich podmiotów gospodarczych za granicą okazała się mętną siecią samowładzy powiązaną z korumpowaniem decydentów sąsiednich państw. Za pozwolenia i kontrakty brazylijscy politycy otrzymywali pokątne łapówki, prezenty i udziały. Tak zwana kreatywna księgowość była na porządku dziennym. Sojusz na rzecz oczyszczenia Brazylii jaki zawiązał się w brazylijskim senacie i kongresie doprowadził do skutecznego impeachmentu bronionej przez swych zwolenników do samego końca Dilmy Rousseff. Problem polegał na tym, że twarz tego oczyszczenia, jawiący się jako liberał, Michel Temer, jak i jego środowisko, wkrótce okazali się w niewiele mniejszym stopniu powiązani z poszczególnymi aferami. Całe środowisko polityczne głównego nurtu w Brazylii okazało się przesiąknięte do cna niezdrowymi sokami erodującymi i drenującymi państwo od środka.

I wtedy pojawił się on – Jair Bolsonaro. W gruncie rzeczy nie był osobą nową. Zajmując marginalne pozycje w brazylijskim parlamentaryzmie od wielu lat pełnił funkcje poselskie. Oświadczenia wychodzące z jego ust od zawsze były ostre i jednoznaczne. Teraz mógł ukazać siebie jako jedynego spoza układu parlamentarnego, tego którego nie dosięgły korupcyjne macki, jako tego, który od zawsze katońskim tonem wskazywał właściwą drogę, lecz nikt go nie słuchał. Nie słuchano go, jakby powiedział, gdyż brazylijskie społeczeństwo zachłysnęło się niewydolną demokracją, odrzucając, to co było dobre w czasach minionej dyktatury. Radykalne oczyszczenie reprezentowane przez Bolsonaro i wiązankę poglądów zwaną bolsonaryzmem, trafiło na podatny grunt. Jeśli nie dojdzie do nagłego zatrzęsienia, Bolsonaro zostanie kolejnym prezydentem Brazylii.

„Brazylia potrzebuje bogobojnego prezydenta” – nawołuje Bolsonaro, stawiając swoją osobę jako remedium na zepsucie moralne i prawne brazylijskiej sceny politycznej. Bogobojny Bolsonaro to przede wszystkim polityczny ewangelik, który podobnie jak niektórzy polityczni protestanci w Stanach Zjednoczonych wysoko sobie ceni polityczną rolę i sojusz z państwem izraelskim. Na polu poglądów polityczno-gospodarczych podnosi hasła konserwatywne i liberalne. Nie jest celem tego artykułu roztrząsanie każdego z poszczególnych wątków jego poglądów jaki można by podnieść w kontekście Bolsonaro. Niektóre z nich były opisywane już w polskiej prasie i audycjach radiowych na przestrzeni kilku miesięcy kampanii wyborczej. Chcemy teraz przyjrzeć się kilku kwestiom, które mogą położyć głęboki cień na rządy Bolsonaro, w tym na zagrożenie dla podstawowych praw rdzennych mieszkańców Brazylii, którzy na przestrzeni ostatnich dwóch dziesięcioleci korzystali z niepełnej rehabilitacji po stuleciach wydziedziczenia i wyzysku.

Jair Bolsonaro, o czym nie można zapominać, przeszedł do loży politycznej dosyć płynnie z brazylijskiej armii, w której dosłużył się stopnia kapitana. Jako były wojskowy żywi sentymentalną sympatię za hierarchią i organizacją wojskową, którą opuścił pod koniec lat 1980. Zniesmaczony polityczną sytuacją w Brazylii powiedział niegdyś, że „nigdy nie rozwiążemy problemów naszego kraju za pomocą tej nieodpowiedzialnej demokracji”, natomiast w 2016 roku głosując za usunięciem Dilmy Rousseff z urzędu prezydenckiego złożył osobisty hołd generałowi Carlosowi Alberto Brilhante Ustrze, który odpowiadał za torturowanie Rousseff i jej towarzyszy w okresie dyktatury wojskowej. Po wygraniu wyborów Bolsonaro zapowiedział, że do swojego gabinetu zaprosi w dużej mierze wojskowych, a dzieci w brazylijskiej szkole dowiedzą się o prawdziwej, lepszej twarzy rządów dyktatorskich w Brazylii, do tej pory pomijanej. Już wcześniej na przyszłego wiceprezydenta kraju w razie swojego triumfu namaścił generała w stanie spoczynku Antonio Hamiltona Mourão. Także na listach wyborczych swej, niosącej w nazwie sprzeczną fuzję, Partii Socjal-Liberalnej (PSL), obok grupy pastorów i ekscentryków, umieścił członków rezerw i czynnego personelu wojskowego. Trudno określić w jaki konkretny sposób autorytarna dyktatura do której odwołuje się Bolsonaro, w rzeczywistości wpłynie na sposób sprawowania przez niego urzędu. Czy posunie się do lekceważenia, na pograniczu prawa, istniejących instytucji państwa demokratycznego, a także niektórych instytucjonalnych zdobyczy ostatniego trzydziestolecia, czy pójdzie dalej, zastępując formalnie, konstytutywne narzędzia demokracji, obudową prawną systemu dyktatorskiego?

Bez względu czy gabinet Bolsonaro będzie tylko kreatywnie ślizgać się po demokratycznej i częściowo oligarchicznej, jak zauważyliśmy, nadbudowie dzisiejszego państwa brazylijskiego, czy uderzy on w same jądro aktualnego systemu ustrojowego, jego dojście do władzy stanowi poważne zagrożenie dla praw Indian, rdzennych mieszkańców Brazylii, a także Quilombolos, wspólnot potomków byłych niewolników. Zagrożenie te pojawia się dokładnie w trzydziestoleciu uchwalenia obowiązującej Konstytucji Brazylii, która po okresie rządów dyktatury, dostarczyła pierwszych, czytelnych odwołań prawnych gwarantujących zachowanie praw etnicznych, kulturowych i wspólnotowych Pierwszych Mieszkańców Brazylii. Rządy generałów w Brazylii (1964-1985) przyniosły dalszą ekspansję infrastrukturalną i gospodarczą w głąb lądu, przyczyniając się do depopulacji licznych grup Indian, w tym w stanie Rondonia.

Bolsonaro apoteozujący dziś rządy generałów musi pamiętać, że nadal nierozliczona brazylijska generalicja odpowiedzialna była za kampanię ludobójczą wymierzoną w lud Waimiri-Atroari w stanie Roraima. Chcąc uporać się z zachowującymi niezależność Indianami – którzy znajdując się poza społeczeństwem narodowym Brazylii, stali się znani ze starć z grupami budowlanymi podczas konstrukcji szosy transamazońskiej przez ich ziemie – posunęła się do użycia najcięższych środków. Ostrzeliwanie z karabinów maszynowych, bombardowanie i napalm miały wzbudzić postrach wśród Waimiri-Atroari. Wprowadzona strategia przyczyniła się do śmierci nawet 2000 członków tego ludu. Szerzej opisując krajobraz destrukcji, bezpośrednio lub pośrednio, w wyniku działań brazylijskich władz wojskowych, ocalał w najlepszym razie, co czwarty Waimiri-Atroari [2]. Czterdzieści lat po tych wydarzeniach, nikt za to nie odpowiedział, tymczasem Bolsonaro zapowiada nowy rozdział ataku na prawa i spoistość wspólnot indiańskich w Brazylii, przy których poważne, bądź co bądź, nadużycia i zaniechania za czasów rządów Luli, Rousseff i Temera, mogą okazać się wstępem do prawdziwego dreszczowca.

Wgląd do tego, co proponuje Bolsonaro, zwracając się do swoich wyborców złaknionych ziemi na południu i zachodzie Brazylii dostarczają jego zapowiedzi i deklaracje kampanijne. W sobotnie popołudnie 1 września 2018 roku podczas przemówienia w Rio Branco w stanie Acre, Bolsonaro zapowiedział zniesienie zakazu wydobywania kopalin na terytoriach indiańskich oraz sprzedaży tubylczej ziemi, zapisanego w konstytucji. „Indianie nie chcą być posiadaczami ziemi, chcą własnej ziemi i chcą mieć prawo do produkcji, a nawet wydobycia, jeśli tak zdecydują, a jeśli zechcą sprzedać część tego, co posiadają, będą mogli tak zrobić” – zapowiedział kreśląc plany zmian prawa pod jego rządami, które otworzą koncernom możliwość wydobywania na ziemiach Indian z jednej strony, a z drugiej umożliwią parcelacje ziemi ich przodków na rzecz członków społeczeństwa narodowego Brazylii.

Na tym samym wiecu w stanie Acre, Bolsonaro zapowiadał, że rozprawi się z FUNAI, rządową organizacją ds. Indian, doprowadzając do jej likwidacji. FUNAI istnieje od 1967 roku, kiedy zastąpiło swoją niewydolną poprzedniczkę Służbę Ochrony  Indian. Jak na ironię FUNAI powstało za czasów dyktatury wojskowej.  Od 1915 roku, kiedy w ostatniej chwili powstrzymano trwającą finalizację ludobójstwa Indian Xokleng na południu Brazylii, w tym kraju od zawsze istniała służba przeznaczona do ochrony i pośrednictwa w kontaktach z Indianami i ich oficjalnymi przedstawicielami, nawet jeżeli była obsadzona skorumpowanymi sługami rządu. Teraz Bolsonaro mówi o likwidacji FUNAI, utrwalając wrażenie, że pozostawi po nim już tylko instytucjonalną pustynię torującą drogę do samowoli rządowej i korporacyjnej na ziemiach Indian. Nie wyjaśnia przy tym, co w takim razie z programem ochrony izolowanych Indian w ramach FUNAI. Za rządów Temera wykonano pierwszy niebezpieczny krok na tym polu, likwidując niektóre posterunki monitorowania terytoriów na których żyją społeczności nie utrzymujące kontaktu ze społeczeństwem narodowym. Bolsonaro swoim oświadczeniem wygłoszonym w stanie Acre, pozostawia wrażenie, że pragnie zniesienia wszystkich tego typu placówek, a wtedy powtórzenie wariantu rondońskiego z lat 1970. np. na pograniczu peruwiańsko-brazylijskim w stanie Acre gdzie wkraczają drwale, przemytnicy i poszukiwacze minerałów stanie się możliwym scenariuszem na przyszłość.

Jeszcze na tym samym wiecu Bolsonaro zdradził, co jest dla niego źdźbłem w oku jeśli chodzi o działalność FUNAI. Oskarżył pracowników tej organizacji, że wspierali Indian „w inwazji na ziemię, tak jak to było w stanie Mato Grosso do Sul”. Ten stan to jedno z największych koncentracji latyfundiów w Brazylii, nie rzadko dużych połaci ziemi rolnej i hodowlanej, odebranej na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat Indianom. Duże widowiskowe farmy, których właściciele korzystają z własnych basenów sąsiadują tu z małymi obozami Indian np. Guarani Kaiowa, pozbawionych swojej ziemi i koczujących w pobliżu autostrad. Indianie Guarani to grupa społecznościowa o jednym z największych współczynników samobójstw na całym świecie. Od ponad dwóch dekad Indianie z południa i wschodu Brazylii zaczynają się jednak mobilizować i grupy pozbawione wcześniej swych gruntów, jak Guarani, Terena, Tupinamba czy Kaingang zajmują niewielkie połacie tradycyjnych terytoriów by rozpocząć godne życie w granicach ziem swych przodków. W odpowiedzi właściciele ziemscy albo wzywają policję lub wynajmują uzbrojonych bandytów by rozprawili się z Indianami. Narzędziem prawnym rozstrzygającym tego typu spory jest znajdujący się w brazylijskim prawie proces demarkacji tubylczej ziemi. Przewlekłe i długie postępowania, z niewielkim skutkiem, umożliwiły niektórym grupom na przestrzeni ostatniego dwudziestolecia odzyskanie swoich ziem. Koloniści i osadnicy, czasami wielcy posiadacze ziemscy musieli w tej sytuacji ustępować i oddawać część przywłaszczonych osobiście lub historycznie terytoriów

Zakończenie tego typu praktyk przyświeca programowi Jaira Bolsonaro, który największego wsparcia dla swojej kandydatury upatruje w białej większości z południa Brazylii i wpływowych środowiskach rolniczych i hodowlanych (ruralistas), którzy cieszą się swym licznym lobby w brazylijskim kongresie i senacie. Zwracając się do swoich zwolenników w mieście Dourados w stanie Mato Grosso do Sul obiecał, że jeśli wygra wybory nie będzie już centymetra demarkacji rdzennych terytoriów [4]. Deklarację tę wygłosił w regionie, gdzie dyskryminowani są Indianie Guarani Kaiowa, a kilkudziesięciu spośród nich zostało zabitych za stawianie oporu miejscowym posiadaczom. Dla Bolsonaro problem tkwi w czym innym. To organizacje pozarządowe nagłaśniające łamanie praw człowieka i rząd federalny stymulowały lokalny konflikt. Rządy wcześniejszych prezydentów, Fernando Henrique Cardoso oraz Luli i Rousseff uzbrajały bandytów, tymczasem on, Bolsonaro „ma projekt uzbrojenia dobrych obywateli”, co odpowiada jego programowi upowszechnienia dostępu do broni. Jeśli te hasło w kontekście demarkacji ziem Indian połączymy z uwagą, że nikt nie odbierze już nikomu jego własności, łatwo spostrzeżemy na przyzwolenie strzelania do kogo, mają otrzymać prawo owi „dobrzy obywatele”.

Na wiecu w Dourados Bolsonaro deklamował jednocześnie zupełnie sprzeczne z tą sugestią hasło. „Indianie są naszymi braćmi, chcę ponownie zintegrować ich ze społeczeństwem” – przekonywał. Zapytamy, jak ma to się odbyć? „Indianie mają zbyt dużo ziemi, będziemy traktowali ich jak istoty ludzkie” – oświadcza humanitarnie Bolsonaro ujawniając prawdziwe motywacje kryjące się za tym dobrotliwym hasłem. Odbierzemy im ziemie, zdaje się mówić, ale postaramy się potraktować ich jako członków naszego rodzaju. Daje jasno do zrozumienia, że problemem staje się rdzenny mieszkaniec Brazylii żyjący na swojej ziemi, problemem bytującym w istocie w skansenie, w ludzkim zoo. Tymczasem  – jak sam zapyta w Dourados  – „czy boliwijski prezydent Evo Morales, [również Indianin], chce żyć w zoo” [5]?

Wśród osób inspirujących Jaira Bolsonaro i dostarczających mu argumentów do jego maszyny propagandowej i ideologicznej znalazł się brazylijski dziennikarz Reinaldo Azevedo, wyrażający postulaty wpływowej Narodowej Konfederacji Rolnictwa i Hodowców Zwierząt Brazylii (CNA), czołowej bazy ruralistas. Azevedo w popisowym wpisie na swoim blogu używając języka trafiającego do serca przeciętnego bolsonarysty nazywa indiańskie rezerwaty elementem brazylijskiego surrealizmu [6]. W jego artykule Pierwsi Mieszkańcy Brazylii, zostali odmalowani jako „klasa pasożytnicza Brazylii”, która posiada „telefon komórkowy, telewizor, podstawowy koszyk żywnościowy, Bolsa Familia i 13% terytorium Brazylii … za nic”. Podnosząc z oburzeniem te uwagi oplata je satyną skandalu, pozwalającą poczuć się mieszkańcowi Recife, Belem, Manaus czy Rio de Janeiro okradanym przez autochtonów bezkarnie w biały dzień. Na tym nie poprzestaje. Azevedo straszy: „Brazylijskie rezerwaty rdzennej ludności zajmują 13% terytorium kraju. Jeśli zależałoby to od FUNAI i antropologów, osiągnęłyby 20%”, przy czym jak utrzymuje pytanie nie dotyczy samej liczby, bo gdyby znalazła się wystarczająca liczba Indian chętnie oddali by rdzennym mieszkańcom połowę terytorium kraju. A zatem zagrożonymi postulatami „roszczeniowej, etnicznej mniejszości” mogą poczuć się dziesiątki milionów Brazylijczyków. Gdy Azevedo mówi już o połowie kraju, liczy na to, że wywoła dreszcz emocji nie tylko na prowincji ale nawet na przedmieściach wielkich miast.

W dalszej części artykułu Azevedo rysuje obraz przeciętnego Indianina jako osoby zintegrowanej z praktyką życia miejskiego. Posiada on podstawowe dobra jak telewizor, DVD, lodówkę i telefon komórkowy, ale korzystanie z tych dóbr kontrastuje z ubóstwem. Prawie połowa Indian otrzymuje według niego podstawową zapomogę żywnościową, niczego nie uprawiając i nie polując. Żyją z dobroczynności państwa, w niepewnych warunkach. Konkluzje te oraz wszystkie kolejne Azevedo opiera na 212 rozmowach przeprowadzonych przez Datafolha w 32 tubylczych wioskach na zlecenie Narodowej Konfederacji Rolnictwa i Hodowców Zwierząt (CNA), znajdującej się w otwartym konflikcie z organizacjami indiańskimi w całej Brazylii. Po zaprezentowaniu statystyki uzyskanej tą drogą autor cytowany później przez Bolsonaro, przechodzi do uderzenia. Osią krytyki stają się Indianie z regionu Raposa Serra do Sol, dużego terytorium indiańskiego, zwróconego prawowitym mieszkańcom ze stratą dla wpływowych właścicieli pól ryżowych, którzy odebrali ziemie Indianom podczas fali osadnictwa.

Azevedo pisze: „Czy widzicie jaki model rezerwatów się rozszerza? {…} Horda nieszczęśników z telefonem komórkowym, telewizorem i DVD. Przewiduje się, że ekspansja rdzennych terenów przyniesie jeszcze mniej na większym terytorium. To stało się oczywiste w Raposa Serra do Sol: rolnicy ryżowi musieli opuścić swoje domy, pozostawiając po sobie legion bezrobotnych. Na ziemi pod kontrolą ideologicznych kacyków przebranych za tubylczych bojowników, prawie nic nie powstaje. Wielu Indian żyje teraz w slumsach Boa Vista. Powód jest prosty: bycie tubylcem nie oznacza bycia… Indianinem”. Mieszając bojowniczy język zmiany z deindeginizacją tubylczej Brazylii  w konkluzji swojego wpisu Azevedo odrzuca też koncepcję autochtonicznej kultury jako gwarantującej równowagę życia z przyrodą. „Taka telluryczna integracja z naturą to fantazja” istniejąca w głowie takich ludzi jak minister Ayres Britto – pisze. Gdyby brazylijskich Indian można by liczyć w milionach – utrzymuje Azevedo – Amazonka byłaby już sawanną. Ayres Britto „musi odkryć, że idea zachowania przyrody jest wartością naszej smutnej cywilizacji. Nie ma to nic wspólnego z Indianami, którzy nie czczą środowiska naturalnego i nie żyją z ziemi. Z ziemi, którą mają Indianie mogą produkować żywnośc dla siebie i wielu innych Brazylijczyków”, tymczasem jak podkreśla Azevedo, korzystają z programów pomocowych.

Korzystający umiejętnie z przekazu internetowego Jair Bolsonaro nagrał wpis videoblogowy, w którym powtarza „odkrycia Azevedo”, w tle zaś pobrzmiewa podłożona niepokojąca muzyka obliczona na wywołanie reakcji emocjonalnej i swoistego narodowego przebudzenia w nadziei na reorganizację terytoriów indiańskich bez głosu samych Indian [7]. Kiedy w końcu sam Bolsonaro wyruszył w kraj ze zbliżonym przesłaniem niechybnie odkrył, że nie chodzi mu nawet o głęboką ingerencję w indiańską samoorganizację w ramach hasła „Indianie na traktory”, jak to niegdyś zrobili członkowie ludów Xavante czy Shuar….

Gdy w czwartek 12 kwietnia 2018 roku Bolsonaro dotarł do Boa Vista, stolicy stanu Roraima, obok głośnego potem pomysłu koncentracji 40 tysięcy wenezuelskich uchodźców w zamkniętych obozach, wyróżnił się odsłaniającym nowe wątki, komentarzem do kwestii Indian. W na pierwszy rzut oka mglistej mowie Bolsonaro mówił, że Indianie powinni mieć prawo do wykorzystywania swojej ziemi, a jeśli tego nie zrobią „inne mocarstwa przekształcą te obszary w ich własne ziemie” [8]. O co chodzi? Oddajmy głos Bolsonaro: „Dlaczego w Brazylii nasi Indianie muszą być zamknięci na kawałku ziemi? Czy ktoś chce go zabrać? Nie, ale muszą mieć prawo do wykorzystywania ich ziemi, nawet jeżeli chcą sprzedać jej część, jeśli chcą to zrobić dla własnego dobra, dla dobra własnego pokolenia. Nie możemy zaakceptować tej separatystycznej polityki wśród nas”. I dalej: „ Dzisiaj obszar większy niż region południowo-wschodni, jest wyznaczony jako autochtoniczny […]. Wszystko to prowadzi nas do troski o te wielkie bogate obszary, coraz bardziej izolowane: Indianie są naszymi braćmi, naszymi przodkami, ale prędzej czy później inne mocarstwa mogą przekształcić te obszary”.

Motywując zgromadzonych zwolenników i przedsiębiorców Bolsonaro między wierszami mieszając najszczersze przekonania z mową o więziach i braterstwie z rdzennymi mieszkańcami ujawnił swoje prawdziwe credo. Streścić można je następująco. Brazylia jest narodową wspólnotą wszystkich Brazylijczyków, dążenie rdzennych mieszkańców Brazylii do podtrzymania swojej odrębności gospodarczej, terytorialnej i historycznej stanowi element polityki separatystycznej uderzającej w narodowe interesy Brazylii. Pozwalając Indianom we współpracy z ich sojusznikami z kraju i świata, na rewitalizację swojej kultury na własnych warunkach, z rdzennymi rezerwami jako punktami odniesienia, przyzwala się na budowanie państwa w państwie. Utrzymywanie tego stanu rzeczy prowadzi do zawężenia terytorialnego i gospodarczego państwa brazylijskiego. Kosztem tak rozumianej odrębności brazylijskich Indian jest utrata przez brazylijskie państwo dostępu do bazy surowcowej prawie 15% terytorium kraju. Niemożność gospodarczej, wojskowej i surowcowej kontroli rdzennych rezerw, lub jakakolwiek ich ograniczona forma, czyni je ziemią niczyją, terra nullius, wystawioną na ryzyko aneksji zagranicznych mocarstw pragnących zdominować Brazylię.

Tak brzmi ideologia do której mogłoby odwołać się państwo silnej ręki uosabianej przez Bolsonaro. Uzupełniona o dane CNA propagowane przez Azevedo, w nowej odsłonie mogłaby pójść o krok dalej i  śmiało głosić, że ziemie te w istocie są „separatystycznymi enklawami zamieszkanymi przez wykolejeńców i marionetkowych liderów nie sprawujących kontroli nad własnym losem”. Przyszły wiceprezydent Brazylii w gabinecie Bolsonaro A.H. Mourão o swoim stosunku do czynnika indiańskiego i afrobrazylijskiego w życiu społecznym i politycznym kraju poinformował Brazylijczyków już dzień po tej wyprzedzającej nominacji. Wedlug Mourão bulion kulturowy Brazylii składa się z lenistwa rdzennej ludności i sztuczek czarnych Afrykanów [9]. Odwołując się do natywizmu brazylijskiego, emerytowany generał wezwał do odrzucenia dziedzictwa przywilejów, które jest jego zdaniem, charakterystyczne dla dziedzictwa iberyjskiego. Z tej perspektywy szczególne prawa rdzennych mieszkańców czy Quilombolas, społeczności potomków zbiegłych niewolników to dziedzictwo starego systemu, w którym istniały grupy uprzywilejowane objęte osobnym zborem praw i możliwości.

A co ze zgłaszanym przez Bolsonaro, ryzykiem ingerencji i aneksji ziem brazylijskich Indian przez obce mocarstwa wobec niedostatecznej ich kontroli przez polityczne i gospodarcze czynniki decyzyjne w Brazylii? Pan Jair nie jest w tej alarmistyce oryginalny. W zasadzie taka narracja powinna tylko przysporzyć mu problemów, gdyż podnosząc je na terenie stanu Roraima, odnosi się do ostatniego czarnego programu zainicjowanego przez ustępującą dyktaturę wojskową w Brazylii w roku 1985, zwanego Calha Norte. Plan ten zakładał przeprowadzenie kampanii osadniczej wzdłuż brazylijskiej granicy na północy z 5 krajami wraz z utworzeniem licznych baz wojskowych. Calha Norte w rzeczywistości stało się przedmurzem ekspansji górniczej w tym regionie, otwierając dostęp do złotonośnych obszarów zamieszkanych przez znajdujących się nadal w znacznej izolacji Indian Yanomami. Wielka inwazja górnicza na ziemie brazylijskich Yanomami do 1992 roku doprowadziła do śmierci co piątego członka tego ludu po tej stronie granicy. Na czym polegał zbrodniczy udział brazylijskiego wojska w nieszczęściu Yanomami? Jak pisała Krysińska-Kałużna „wojsko rozprzestrzeniało pogłoski, jakoby Brazylia była ofiarą sekretnych planów mających na celu osłabienie pozycji kraju. Spisek miał na celu utworzenie państwa Yanomami pod przykrywką ratowania Indian przed ludobójstwem. Ekolodzy, antropologowie i misjonarze stali się zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego”. Yanomami i inne indiańskie grupy miały stać się pionkami „ultralewaków”, multinarodowych korporacji, biskupów katolickich, CIA i innych – takie zarzuty przytaczane przez wyżej wymienioną autorkę, formułowano w latach osiemdziesiątych w brazylijskiej prasie przeciwko tym, którzy próbowali ratować Yanomami przed kulminacją inwazji 50 tysięcy poszukiwaczy złota na ich terytorium [10].

Przez kilka lat skorumpowani urzędnicy, pokroju Romero Juca, najpierw przewodniczącego FUNAI, a następnie gubernatora stanu Roraima, utrzymywali politykę podziału ziem Indian Yanomami na kilkanaście pomniejszych enklaw, otoczonych lasem federalnym, na których wydobycie złota było możliwe. Program Jaira Bolsonaro przeobrażenia ziem Indian w parcelowane na sprzedaż obszary, na których będzie możliwa eksploatacja minerałów na szeroką skalę [na rzecz rozwoju i dobrostanu[, bardzo przypomina scenariusz, który dotknął wówczas nie posiadających odporności immunologicznej na choroby z zewnątrz Yanomami. Bardzo pokrewnie pobrzmiewa również przestroga Bolsonaro odnośnie zawahania się Brazylijczyków przed wzięciem w karby terytoriów indiańskich w Brazylii. Jeśli tego nie zrobicie, woła, zagraniczne mocarstwa staną się Panami ziem Waszych autochtonów. Wszystkie te funeralne zawołania, mające wzbudzić poczucie zagrożenia Brazylijczyków, pobrzmiewały już na brazylijskiej ziemi. Nigdy nie przynosiły niczego dobrego. Wręcz przeciwnie. Na spracowane ręce brazylijskiego rolnika, padała krew przelewana przez jego polityków i żołnierzy. Życzmy sobie i całej Brazylii, by kapitan Bolsonaro nie wcielił ponownie w życie owej wagnerowskiej tragedii w tropikalnej aurze. Jeśli postąpi inaczej, nie będzie „tropikalnym Trumpem” jak ochrzciły go niektóre media, a nowym uosobieniem tropikalnego zbrodniarza.

Autor: Damian Żuchowski
Dla WolneMedia.net

PRZYPISY:

[1] Warto zwrócić uwagę na szerokie zjawisko społeczne obserwowane w Brazylii tuż po zamachu na Jaira Bolsonaro. Wielu obserwatorów uznało donosy o ciężkich ranach odniesionych przez Bolsonaro za przesadzone, pojawiły się także zarzuty o zamachu typu „fałszywa flaga”, sfingowanym celowo, by radykalnie zmienić nastroje społeczne na probolsonarystowskie. Wśród często powtarzanych uwag znalazły się brak śladów krwi na ubraniu Bolsonaro tuż po zamachu oraz lekarze obsługujący Bolsonaro w szpitalu, którzy nie nosili rękawiczek medycznych. Jednym z powodów zainteresowania wyniesienia Bolsonaro do władzy według ostatniej z hipotez mogły być interesy wielkiego agrobiznesu, poparcie Bolsonaro dla wielkiej prywatyzacji, proizraleskość Bolsonaro który prowadził swoją kampanię między innymi w Centrum Hebrajskim w Rio de Janeiro, jak również zainteresowanie zagranicznych podmiotów zdobyciem przyczółka w Brazylii, celem otwarcia brazylijskiego rynku zasobów oraz dokonania politycznej zmiany w sąsiedniej Wenezueli.

[2] O wyniszczeniu 2000 Indian Waimiri-Atroari https://wolnemedia.net/o-wyniszczeniu-2000-indian-waimiri-atroari/

[3] Bolsonaro defende que índios possam vender parte de seus territórios https://www.valor.com.br/politica/5794255/bolsonaro-defende-que-indios-possam-vender-parte-de-seus-territorios

[4] Bolsonaro: “Se eu assumir, índio não terá mais 1cm de terra” https://brasilpensador.blogspot.com/2018/08/bolsonaro-se-eu-assumir-indio-nao-tera.html

[5] “Nem um centímetro a mais para terras indígenas”, diz Bolsonaro http://amazonia.org.br/2018/02/nem-um-centimetro-a-mais-para-terras-indigenas-diz-bolsonaro/

[6] Reinaldo Azevedo, „As reservas indígenas e o surrealismo brasileiro: celular, televisão, cesta básica, Bolsa Família e 13% do território brasileiro para… nada! E há gente querendo mais!” https://veja.abril.com.br/blog/reinaldo/as-reservas-indigenas-e-o-surrealismo-brasileiro-celular-televisao-cesta-basica-bolsa-familia-e-13-do-territorio-brasileiro-para-8230-nada-e-ha-gente-querendo-mais/

[7] Jair Bolsonaro fala sobre quilombolas e indígenas https://www.youtube.com/watch?v=_tpo5NWuwQo

[8] Em Roraima, Bolsonaro defende exploração de terras indígenas https://exame.abril.com.br/brasil/em-roraima-bolsonaro-defende-exploracao-de-terras-indigenas/

[9] Mourão, que chamou postura de bolsominions “meio boçal”, diz que Brasil herdou “indolência” do índio https://www.diariodocentrodomundo.com.br/essencial/mourao-que-chamou-postura-de-bolsominions-meio-bocal-diz-que-brasil-herdou-indolencia-do-indio/

[10] Magdalena Krysińska-Kałużna „Yamashta, czyli Ten Który Prawie Umarł”, s. 196-197, Warszawa 2012.

 

Opublikowano Artykuły, Brazylia, Korporacje i Instytucje, Przemoc | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odszedł Mirko Fernandez Sanchez (ku pamięci)

18 czerwca 2018 roku odszedł Mirko Fernandez Sanchez – urodzony w Peru, artysta, muzyk, malarz, współtwórca organizacji „Remenau” zajmującej się ochroną medycyny naturalnej z Puszczy Amazońskiej. Od wielu lat mieszkał w Polsce. To bardzo uderzająca strata dla jego rodziny, przyjaciół, towarzyszy podróży oraz środowiska indianistycznego w Polsce.

Mirko opisał swoje doświadczenie z nagłą chorobą w artykule „Nowo-twór – nowotwór” opublikowanym na łamach „Dzikiego Życia”  3/273 2017 MARZEC 2017 http://dzikiezycie.pl/archiwum/2017/marzec-2017/nowo-twor-nowotwor

Na łamach Serwisu Solidarnościowego „Borduna” Mirko Fernandez Sanchez pojawił się po raz pierwszy w 2009 roku, kiedy  wziął udział w Demonstracji pod Ambasadą Peru w Warszawie będącą odpowiedzią na gwałtowne represje skierowane przeciw Indianom z peruwiańskiej Amazonii, którzy stawili opór planom eksploatacyjnym na ich ziemiach, których kulminacją stało się starcie pod miejscowością Bagua. Jak wspominał wówczas Dariusz Kachlak „Całe wydarzenie trwało około 2 godzin i zgromadziło kilkunastoosobową grupę przedstawicieli różnych miast i środowisk, połączonych troską o Matkę Ziemię oraz przeciwstawiających się polityce wielkich korporacji. Pod koniec spotkania za akcje podziękował jeden z Peruwiańczyków mieszkających w Polsce, Mirko Fernandez, który do Warszawy specjalnie na to wydarzenie przyjechał z Łodzi”.

https://amazonicas.wordpress.com/2011/01/16/demonstracja-pod-ambasada-peru-20-09-2009/

Nie mówimy żegnaj, a do zobaczenia.

Więcej o Mirko Fernandezie Sanchezie

http://mirko.org.pl/witam-wszystkich/

https://kochanezdrowie.blogspot.com/2018/04/aguila-mirko-piekna-dusza.html

http://mirklofernandezsanchez.blogspot.com/

 

 

Opublikowano Peru, Polska | Otagowano , , , , , , , , | 2 Komentarze

Xikão patronem walki i odrodzenia ludu Xukuru Ororubá

Nawet 3000 ludzi wzięło udział między 17 a 19 maja 2018 roku w XVIII Zgromadzeniu ludu Xukuru Ororubá w miejscowości Pesqueira w brazylijskim stanie Pernambuco. Spotkanie, w którym obok rdzennej ludności wzięli udział przedstawiciele społeczności byłych niewolników (Quilombolos), organizacji pozarządowych, środowisk uniwersyteckich i rzesza sympatyków oraz zwolenników, poświęcone było upamiętnieniu Xikão, historycznego przywódcy i współtwórcy przebudzenia ludu Xukuru Ororubá.

Uroczystości w regionie Serra do Ororubá związane były bezpośrednio z  20 rocznicą śmierci Xikão, który za występowanie w interesie swojego ludu zapłacił cenę najwyższą: został zamordowany. Kulminacja zgromadzenia nastąpiła w niedzielę 20 maja, kiedy po ceremonii na grobie kacyka przez centrum miasta Pesqueira przeszedł tradycyjny marsz. Spotkanie przebiegające pod hasłem „Jestem Xikão”, miało na celu ożywienie, zwłaszcza wśród młodych ludzi, pamięci o „cnotach kacyka”, który przyczynił się do odzyskania przez Xukuru w latach 1990. kilku obszarów zajętych przez kolonistów, a także zasłużył się w walce o uwzględnienie praw obywatelskich i społecznych brazylijskich Indian w Konstytucji Federalnej z 1988 roku. Zabiegał również o podwyższenie standardów oświatowych i zdrowotnych w jego społeczności.

Nawet w samej Brazylii, mało kto wie, że w latach 1950. i na początku lat 1960. Indianie Xukuru uczestniczyli w walce o radykalne reformy agrarne dla chłopów, zabiegając o demarkacje tradycyjnych terytoriów oraz prawa społeczności Quilombolos. Xikão jest jednym z najważniejszych przywódców brazylijskich Indian, którzy w latach 1980. skutecznie przerwali 20-letnie milczenie narzucone rdzennej ludności przez rząd dyktatorski w Brazylii w 1964 roku.

„Xikão wznowił walkę Xukuru – zauważył podczas XVIII Zgromadzenia, Anacleto Julião, były polityczny partner nieżyjącego kacyka – jego głos rozbrzmiewał na skalę międzynarodową, niosąc posłanie o cierpieniach jakie Indianie doświadczają przez inwazję rolników i osadników regionu”. Zdaniem Julião „Xikão reprezentuje męczeństwo milionów rdzennych mieszkańców zamordowanych na przestrzeni stuleci w Brazylii. Dlatego stał się symbolem”.

W dokumencie końcowym XVIII Zgromadzenia wyrażono gotowość do „walki z nieskutecznością rządu Brazylii w demarkacji gruntów naszych krewnych, którzy wciąż cierpią z powodu obszarników”. Indianie Xukuru wzmocnili opór rdzennej ludności Brazylii wobec praktyk negujących ich historyczne prawa. Sami Xukuru także stali się przez to mocniejsi. „Kolonizacja zabiła wielu z nas. Dotarcie tutaj oznacza, że jesteśmy twardzi” – czytamy w piśmie. Mimo to Indianie nadal nie mogą czuć się bezpieczni: „System gospodarczy i polityczny [panujący obecnie] nie różni się od tej kolonizacji. Przez cały czas chcą narzucać obcy nam sposób życia, myślenia i zachowania [wobec społeczeństwa narodowego Brazylii]”. Xukuru wysyłają jasny przekaz do brazylijskich polityków notabli oraz krajowej opinii publicznej: „Masakra, bezkarność, łamanie praw, brak szacunku dla historii, przekonań i tradycji powinny się skończyć”. W apelu tym pobrzmiewa potępienie dla prób zniszczenia osiągnięć brazylijskiej konstytucji podejmowanych podczas obecnej kadencji brazylijskich ciał ustawodawczych, którym przewodzi lobby związane z branżą wielkopowierzchniowego rolnictwa i hodowli.

Indianie przypominają, że Konstytucja Federalna w artykułach 231 i 232, uznaje prawo rdzennych mieszkańców do ich własnej organizacji społecznej, zwyczajów, języków, wierzeń, tradycji, a także fundamentalnego prawa do ziem na których żyją. W marcu 2018 roku Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (IACHR) uznał międzynarodową odpowiedzialność państwa brazylijskiego za naruszenie praw własności zbiorowej ludu Xukuru Ororubá. IACHR wskazał, że państwo brazylijskie działało wolno i niewłaściwie w dziedzinie rozgraniczenie ziem tego ludu.

Przygotował: Damian Żuchowski
Wiadomość została opublikowana również na WolneMedia.net
Źródła: cimi.org.br, folhape.com.br
Filmy: Zapis tradycyjnego marszu Indian Xukuru Ororubá podczas XVIII Zgromadzenia (pierwszy film od góry) oraz Film dokumentalny Niltona Pereiry „Xicão Xukuru” (TTV VIVA) z angielskim tłumaczeniem (napisy)

 

Opublikowano Artykuły, Brazylia, Przemoc, Wiadomości/Newsy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Wzrost samobójstw wśród Indian Karajá

Na środku zalesionego, skromnego cmentarza znajdują się trzy groby. Prowizorycznie wyryte nagrobki noszą imiona trójki dzieci Waritaxiego Iwyraru Karajá, który mieszka w Morador de Santa Isabel do Morro, największej wiosce grupy etnicznej Karajá na wyspie Bananal położonej między brazylijskimi stanami Tocantis i Mato Grosso.

56-letni Waritaxi odwiedza regularnie groby swoich dzieci, zastanawiając się nad prawdziwą przyczyną ich przedwczesnej śmierci. Wszystkie one popełniły samobójstwo w latach 2012-2016. Najmłodszy syn odebrał sobie życie w wieku 21 lat. 24-letnia córka odeszła będąc w czwartym miesiącu ciąży. „Przychodzę tutaj i myślę, zastanawiam się, ale do dzisiaj niczego się nie dowiedziałem. Wygląda to nawet jak choroba, jak coś, co zanieczyszcza ludzi. Jest wielu ludzi, którzy mówią, że to zaklęcie. Czasem wierzę, ale potem przestaje wierzyć” – mówi Waritaxi.

Syn Iwraru Karajá, naczelnika wioski Watau, był promotorem kultury, wykonawcą tradycyjnej muzyki, wyróżniał się jako piłkarz oraz był mistrzem tradycyjnej walki ijesu. Wydawało się, że mocne zakorzenienie w tradycji i jej praktykowanie chroniły go przed wewnętrznymi zachwianiami. Mimo to w 2016 roku skutecznie targnął się na swoje życie. Odszedł w wieku 25 lat. Cierpiący ojciec wspominając go mówi: „Był moim jedynym synem i towarzyszem. Śpiewał ze mną, polował, był doskonałym wojownikiem i obrońcą kultury. Miał pracę i piękną kobietę. Kiedy słyszę, że Indianin zabija się z powodu braku pieniędzy lub jedzenia, myślę: to nigdy nie miało miejsca w przypadku mojego syna”.

Waritaxi i Iwraru nie są jedynymi, którzy poszukują przyczyn śmierci swoich dzieci. Według danych brazylijskiego resortu zdrowia w latach 2012-2016 wśród Indian Karajá odnotowano aż 35 samobójstw oraz dziesiątki innych prób odebrania sobie życia. Większość z opisywanych przypadków dotyczy młodych chłopców i mężczyzn w wieku 11-25 lat. Dane z 2017 roku na początku bieżącego roku nie były jeszcze znane, ale zarówno przywódcy jak i władze zgodnie twierdzą, że sytuacja jeszcze się pogorszyła. To bardzo poważny cios dla społeczności liczącej sobie około 4200 osób.

Badania przeprowadzone we wrześniu 2017 roku przez brazylijskie ministerstwo zdrowia wykazały, że wskaźnik samobójstw wśród rdzennej ludności jest prawie trzy razy wyższy niż średnia krajowa. Przy tej okazji przedstawicielka specjalnego sekretariatu ds. zdrowia rdzennej ludności (SESAI), Livia Vitenti wymieniła Indian Tikuna, Guarani, Karajá i Caiuá wśród grup najbardziej zagrożonych w kraju.

Karajá żyją w 68 wioskach w rejonie rzeki Araguaia, w obszarze przypadającym na stany Goiás, Tocantins, Mato Grosso i Pará. Większa część ich populacji mieszka w 12 wsiach położonych na Bananal, jednej z największych rzecznych wysp świata. Otoczona wodami rzek Araguaia i Javaé, wyspa jest miejscem o największym odsetku przypadków samobójczych. Wyruszywszy  z największej wioski regionu położonej w stanie Mato Grosso, po zaledwie 10-minutowej podróży łodzią, miejscowa rdzenna ludność  otwiera sobie dostęp do głównego punktu kontaktu ze społeczeństwem nie-indiańskim, oferującym dostęp do środków medycznych, usług, dóbr konsumpcyjnych, żywności przemysłowej oraz – nierzadko – napojów alkoholowych. Rosnące spożycie alkoholu oraz pojawienie się narkotyków, przy jednoczesnym osłabieniu tradycyjnych praktyk rdzennej społeczności, stanowi jeden z podstawowych czynników ryzyka dla młodych Indian i całej wspólnoty Karajá.

Przygotował: Damian Żuchowski
Źródło: Rodrigo Vargas „Cresce suicídio entre índios carajás em MT” 1.folha.uol.com.br

Opublikowano Brazylia, Przemoc, Wiadomości/Newsy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W 2017 r. zabito 197 obrońców przyrody i zasobów

Według danych zgromadzonych w raporcie organizacji Global Witness, 197 osób zostało zamordowanych na tle obrony ziemi, fauny, flory lub zasobów naturalnych na przestrzeni 2017 roku. Oznacza to, że morderstwa ludzi broniących środowiska i ziemi trwały nieprzerwanie na przestrzeni całego ubiegłego roku. Prawie cztery osoby tygodniowo ginęły na całym świecie gdyż odważyły się przeciwstawić górnictwu, przemysłowym plantacjom, kłusownictwu i projektom infrastrukturalnym. Dane sukcesywnie rejestrowane przez Global Witness od 2002 roku wskazują, że na przestrzeni ostatniego piętnastolecia liczba morderstw na tle ekologicznym wzrosła czterokrotnie. Nawet jeżeli zaryzykujemy twierdzenie, że wzrost ten jest nieco zawyżony, że nie uwzględnia skuteczności w gromadzeniu i pozyskaniu danych jaki umożliwiło upowszechnienie komunikacji internetowej, to wciąż wskazuje on na istotne znaczenie przemocy towarzyszącej globalnej gospodarce, napędzanej przez ekspansję i konsumpcję.

 

 

„Sytuacja pozostaje krytyczna. Dopóki społeczności nie zostaną rzeczywiście włączone w decyzje dotyczące wykorzystania ich ziemi i zasobów naturalnych, ci którzy będą mówić, nadal będą nękani, karani więzieniem i będą zagrożeni utratą życia” – twierdzi Bean Leather, starszy działacz Global Witness. Członkowie organizacji wskazują jednocześnie na pewien promyk nadziei. Po kolejnych czterech latach wzrostu liczby morderstw na tle ekologicznym, w tym roku w porównaniu z poprzednim odnotowano spadek. Może to być oznaką wzrostu globalnej świadomości na temat trwającego kryzysu oraz skutkiem nacisku na odpowiedzialne podmioty – międzynarodowe firmy i rządy państw – by wzięły na siebie ciężar walki z bezkarnością.

Większość morderstw miała miejsce w odległych obszarach leśnych krajów rozwijających się, szczególnie w Ameryce Łacińskiej, gdzie obfitość zasobów często pozostaje odwrotnie proporcjonalna do autorytetu państwa i prawa lub regulacji w zakresie ochrony środowiska. Przemysł wydobywczy pozostaje jednym z najgroźniejszych czynników przemocy. Konfliktom górniczym towarzyszyło 36 przypadków zarejestrowanych zabójstw, z których kilka związanych było z dynamicznym wzrostem zapotrzebowania na materiały budowlane. W Indiach trzech członków rodziny Yadawów: Niranjan, Uday i Vimlesh zginęło w maju ubiegłego roku, gdy próbowali zapobiec wydobyciu piasku z brzegów rzeki płynącej przez wioskę Jatpura.

W Turcji para emerytów, Ali i Aysin Büyüknohutçu, została zastrzelona w swoim domu po tym jak wygrała prawną bitwę o zamknięcie kamieniołomu marmuru, który dostarczał surowiec dla ekskluzywnych hoteli i do renowacji miejskich zabytków. Głód minerałów przekształcił również Andy w strefę gwałtownych konfliktów między grupami rdzennych mieszkańców a właścicielami kopalni miedzi La Bambas w Peru oraz kopalni El Cerrejón w Kolumbii.

Obok górnictwa największym zapalnikiem przemocy pozostaje agrobiznes, który zaspokaja zapotrzebowanie rynków i supermarketów na soję, olej palmowy, trzcinę cukrową oraz wołowinę. Plantacje i rancza podążając za zyskiem zapuszczają się coraz głębiej na terytoria ludności tubylczej i wkraczają na grunty komunalne. Wiele napięć skupia się wokół Amazonii. Brazylia z 46 zarejestrowanymi zabójstwami była ponownie najbardziej niebezpiecznych krajem dla obrońców środowiska. Bacząc na wielkość ich populacji i terytoriów równie tragiczny bilans dotyczy mniejszych sąsiadów Brazylii. W Kolumbii odnotowano 32 ofiary śmiertelne, głownie na tle wzrostu konfliktów i zamachów na tle dostępu do ziemi po podpisaniu porozumienia pokojowego z 2015 roku. Wśród najbardziej znanych ofiar znalazła się Efigenia Vásquez, dziennikarka radiowa i telewizyjna ze społeczności Kokonuko, która została zastrzelona w trakcie protestu „Wyzwolić Matkę Ziemię”. Peru stało się świadkiem jednej z najgorszych masakr we wrześniu 2017 roku, kiedy sześciu rolników straciło życie z ręki przestępczego gangu, który chciał tanio nabyć ziemię i odsprzedać ją z zyskiem przedsiębiorstwom produkującym olej palmowym. Meksyk, który z 15 zabójstwami znalazł się na czwartym miejscu najbardziej niebezpiecznych krajów dla obrońców środowiska odnotował pięciokrotny wzrost morderstw w porównaniu z rokiem 2016.

Najwięcej morderstw na tle ekologicznym w Azji odnotowano na Filipinach, które z 41 ofiarami śmiertelnymi zajęły drugie miejsce na liście Global Witness. Istotnym czynnikiem tego procesu jest promowanie państwowego „prawa pięści” przez prezydenta kraju Rodrigo Dutertre, którego administracja w publicznych przekazach obniża ochronę moralną i prawną obrońców praw komunalnych i środowiskowych jednając ich działania z aktywnością antypaństwową lub rebeliancką. Kiedy filipińscy żołnierze zamordowali 3 grudnia 2017 roku ośmiu członków ludu Lumad na jeziorze Sebu, rząd w Manilli utrzymywał, że był to w istocie wynik starcia z rebeliantami. Miejscowi działacze zwrócili jednak uwagę, że zamordowano ich w odwecie za opór wobec kopalni węgla i plantacji kawy ulokowanych na tradycyjnych terytoriach społeczności Lumad.

W Afryce największe zagrożenie dla obrońców środowiska stanowią kłusownicy i handlarze dziką faunę i florą. W Demokratycznej Republice Konga w lipcu ubiegłego roku czterech strażników przyrody i tragarz stracili życie po tym jak wpadli w zasadzkę przygotowaną przez kłusowników.

Przygotował: Damian Żuchowski
Na podstawie: GlobalWitness.orgTheGuardian.com

Opublikowano Brazylia, Kolumbia, Korporacje i Instytucje, Peru, Przemoc, Wiadomości/Newsy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz